DZIECI I RODZINA

Masz dziecko i nożyczki – co robisz?

Czasami się zastanawiam jak to się stało, że jestem tu gdzie jestem. Że mam szczęśliwą rodzinę, robię to co lubię, mam możliwość zajmowania się dzieckiem – tak, dobrze czytacie, możliwość. Że wstaję rano i nawet jak pęka mi łeb,  mogę popatrzyć za okno, na las, jesień. Mam możliwość.

Skrzydła czasem są gotowe do lotu. Innym razem składam je pokornie, bo wiatry niesprzyjające, ale wciąż je mam. Wiele razy próbowano je przyciąć, albo chociaż oskubać z piór. Gdy dokonano dzieła, odrastały. Nowe, silniejsze, piękniejsze, co to mogą ponieść znacznie dalej niż poprzednie. Organizm z czasem się przystosował.

Rodzice mogli mnie pozbawić skrzydeł nie zgadzając się na kolejne dodatkowe zajęcia, do których miałam zapał gorzej niż słomiany (po paru dniach oczywiście). Nigdy tego nie zrobili. Wspierali i rozumieli, kiedy chęć wiosłowania albo śpiewania powoli gasła. Zwracali uwagę na to, co lubię robić i starali się żebym mogła w jakikolwiek sposób rozwijać swoje pasje. A przecież mogli już wtedy powiedzieć, że nie bo nie. Nikt im nie bronił stwierdzić, że śpiewam gorzej niż norma przewiduje, a o wiosłowaniu mogę zapomnieć skoro moja aktywność związana z wodą zaczynała się i kończyła na nie zawsze udanych skokach przez podwórkowe kałuże. Nie podcięli mi skrzydeł.

Mogła to zrobić instruktorka tańca, kiedy widziała moje nieporadne ruchy. Instruktor na siłowni to samo. Wystarczyło, żeby powiedział że tego sadła nigdy nie zgubię. Pewnie spaliłabym się ze wstydu i wróciła do domu z hamburgerem w ręce. Bo skoro stwierdził, że się nie da? A jak narysowałam Świętego Mikołaja w niebieskiej czapce? Przecież powinnam wiedzieć, ze nosi czerwoną. Dostałam wtedy 6 i rysunek trzymam do tej pory. Amulet. I jakie miłe uczucie na samo wspomnienie pani Tomaszewskiej, która tak mojego Mikołaja uhonorowała.

Co by było gdyby nikt mnie nie wspierał? Kim bym się stała? Jakie byłoby dziecko, którym byłam? Chcę się nad tym zastanawiać, bo to pomaga w wychowaniu. W budowaniu czegoś fajnego, o czym może mój syn też kiedyś pomyśli. To, że jestem odważna, pewna siebie i znam swoją wartość, to zasługa między innymi wszystkich osób, które miały nożyczki, ale ich nie użyły. Które wiedziały, że da się tańczyć na krzywych nogach i wiosłować bez bicepsów, skoro już tak się czepiłam tych dwóch dyscyplin.

Jak niewiele trzeba, żeby pomóc budować dziecku wiarę w siebie? Jak niewiele trzeba by tę wiarę zburzyć? Ona jest często jak domek z kart. Wystarczy słaby podmuch, a potem lata pracy żeby odbudować poczucie własnej wartości. I pewnie racja jest w tym, by nie chwalić zawsze i za wszystko. To prawda, że wychowanie narcyza nie służy ani jemu ani otoczeniu.  Musimy (wszyscy, nie tylko rodzice) pamiętać o tym, że każdy wysiłek trzeba docenić. To najlepsza z możliwych lokat. Tego się nie kupi, nie nadrobi i nie zgubi.

Nie podcinajmy dzieciom skrzydeł.

Fot. prairiekittin

  •  
  •   
  •  
  •  
  •  

4 comments

  1. Kasia A 28 października, 2014 at 14:44 Odpowiedz

    prawda, ale… obserwujac swojego syna dochodze do wniosku, ze pewnosc siebie tak jak i inne cechy jest po czesci wrodzona.
    bardzo duzo chwalimy go z mezem przy kazdej mozliwej okazji, nie mowimy nigdy, ze czegos nie potrafi lub sie do czegos nie nadaje. wszystkie dzieła z przedszkola były odpowiednio pochwalone i wiekszosc wisi na szafie jako ozdoby.
    jednak syn sam jak np krzywo narysuje kreske (lub kolorujac wyjedzie za linie) wydziera sie w nieboglosy, ze to ma byc ladnie i rowno i ze jak tak, to on wcale nie rysuje (czy jest cos takiego jak wrodzony perfekcjonizm? a moze to taki wiek i to minie?). przyznam szczerze, ze jestem zdziwiona, ze syn tak reaguje.

    • Anna Bartnik 28 października, 2014 at 19:37 Odpowiedz

      No jasne! Charakter zawsze jest wypadkową wielu składowych, niektóre cechy się dziedziczy, inne naśladuje, kolejne kształtują się po pewnych doświadczeniach itd.

      Jestem za tym modelem, który chwali ale też nie za wszystko. Jeśli Budzik próbuje coś zrobić i widzę, że mu nie wyszło nie mówię, że super i pięknie tylko proponuję, żeby spróbował jeszcze raz, za każdym kolejnym powinno być lepiej.

      Zaciekawiłaś mnie tym wrodzonym perfekcjonizmem. Może będzie pedantem? Ja zawsze wyjeżdżałam za linie i bałaganię 😉 taką sobie znalazłam analogię :D.

  2. Kasia A 28 października, 2014 at 14:46 Odpowiedz

    dodam jeszcze, ze wnikliwie obserwowalam pod tym kontem babcie, dziadkow, ciotki (czy ktos go nie krytykuje – nie podcina skrzydel)i nic takiego nie zaobserwowalam. skad wiec u syna takie dazenie do perfekcji?

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.