EMIGRACJA

Poznaj angielski sposób na torturowanie dzieci.

torturowanie dzieci

Jeszcze nie na początku września, ale już w połowie przez blogową część internetowego świata przewinęła się seria postów o okrutnych rodzicach, znęcających się nad dziećmi. Tymczasem te tortury są uskuteczniane przez każde brytyjskie przedszkole. Nieważne czy jesteś Polakiem, Anglikiem czy Turkiem. Siedzisz wygodnie? Opowiem ci pewną historię.

Przedszkole Antek zaczął w połowie września. Pierwszy tydzień był bezproblemowy pod względem wirusów i bakterii, ale już w kolejnym tygodniu moje dziecko wróciło do domu z kapiącym z nosa katarem. To dla mnie jeszcze nie była oznaka choroby, ponieważ Antoś ma bardzo silną alergię – wziewną, kontaktową i pokarmową. Zazwyczaj zaczyna się od kataru połączonego z wysypką, następnie męczący astmatyczny kaszel. W piątek miał podwyższoną temperaturę = jednak wirus, został w domu.

Jesteś rodzicem – decydujesz.

Możesz mieć wiele powodów, dla których nie puszczasz dziecka do przedszkola. Dla mnie spoko, jesteś rodzicem i decydujesz. Dla polskich przedszkoli też spoko, bo jesteś rodzicem i decydujesz. W angielskim przedszkolu nie możesz przekroczyć 15% nieobecności. Jesteś tylko rodzicem i masz niewiele do gadania. Czy to dobrze, czy źle – nie oceniam. Ale mam wytyczne (własne) przy których nikt nie zmusi mnie, żeby moje ledwo zipiące dziecię siedziało smutne wśród pobudzonej reszty trzylatków i nie miało siły się ruszyć.

Kiedy kategorycznie nie puszczam do przedszkola?

Dwa wyznaczniki: temperatura i samopoczucie. Jeśli nie gra jedno, drugie lub oba – nici z przedszkola. Nie będzie to katar, bo może być wiele przyczyn i najczęściej w naszym przypadku jest to jakiś alergen. I nie kaszel, z tych samych przyczyn. Poza tym kaszel może utrzymywać się jeszcze długo po chorobie, choć to temat na osobny wpis. A teraz do rzeczy.

Polskie czy angielskie?

Jaka jest różnica między polskimi a brytyjskimi przedszkolami? Tak, zgadłaś. W Anglii do przedszkola chodzą dzieci zdrowe i przeziębione. Inna mentalność, przepisy, podejście. W Polsce teoretycznie chodzą do przedszkola dzieci zdrowe, w praktyce pierwszy rok przedszkolnej edukacji, maluchy spędzają w większości w domu. Który system jest lepszy? Cóż.

Trochę jestem między młotem a kowadłem. Jeden i drugi ma wady i zalety. Ostatnio usłyszałam od jednej z mam w przedszkolu, że to torturowanie dzieci – puszczanie ich z katarem do przedszkola. I, choć bliżej mi do bycia tą nadopiekuńczą mamuśką, nie zgodziłam się z nią. Patrząc choćby przez pryzmat własnych doświadczeń, jeśli nie dzieje się nic poważnego (a przecież jesteś mamą, widzisz do cholery kiedy coś jest nie tak!), młody chodzi do przedszkola. Antek łapie co chwilę jakiś wirus, zazwyczaj choruje bardzo krótko i jakimś cudem zahacza o weekendy, ale czy gdyby został w domu, wyglądałoby to inaczej? Rzecz w tym, że nie!

Gdzie twoje dziecko spędza więcej czasu?

Rozmawiałam ostatnio z koleżanką, której trzyletni syn uczęszcza do polskiego przedszkola. I ona zostawiała go z każdym katarem w domu. Katar nieraz trwał trzy tygodnie, chociaż dziecku oprócz tego nic nie było, nawet temperatury, kaszlu – nic! I potem do ostatniej kropli wysuszony wracał po przerwie do placówki i…bingo – do domu przychodził już z kolejnym katarem. Jedyny efekt tych zabiegów był taki, że dziecko traciło mnóstwo zajęć w przedszkolu, a jego mama brała z pracy masę zwolnień. O dziwo odkąd zmieniła system i zostawiała syna w domu tylko na czas poważniejszych chorób, było ich znacznie mniej.

Upomnienie nr 1.

Od dzieci w wieku szkolnym (czyli w Wielkiej Brytanii od cztero i pięciolatków) wymaga się obecności na poziomie 94% wszystkich zajęć lekcyjnych. Antek opuścił raptem pięć dni z powodu zapalenia płuc i już dostałam  upomnienie, bo jego nieobecności wynoszą 16%. Oczywiście, jest to odgórny przepis i wszystko można przegadać z nauczycielami czy dyrekcją, ale na przykład o ilości dni, które dziecko ma spędzić w domu po konkretnej chorobie (ospa, różyczka, rotawirusy, grypa) decydują nie rodzice i nie nauczyciele. Anglia ma specjalne wytyczne, dostępne dla wszystkich, stworzone przez NHS i jasno określające czas przebywania poza szkołą w wypadku choroby. Za chorobę nie uznaje się kaszlu, kataru czy rozbicia albo złego samopoczucia. Jednocześnie warto zaznaczyć, że dzieci w tutejszych szkołach mają bardzo dużo wolnego między semestrami, w czasie świąt plus kilka dodatkowych dni. Pewnie dlatego tak dbają o obecność w pozostałym czasie.

W Polsce nie ma takich regulacji, ale z każdą chorobą można się bez problemu dostać do lekarza. Niestety w Anglii na rodziców idących z katarem do lekarza patrzy się dziwnie. Dlaczego niestety? Bo taki półroczniak z kataru szybko może przejść w etap zapalenia oskrzeli. Niestety też dlatego, że oględziny dziecka w czasie choroby nie są zbyt dokładne i gwarantuję, że większość polskich rodziców szybciej odróżni grypę od przeziębienia niż pielęgniarka. Mimo wszystko my z przeziębieniami także chodzimy do lekarza, jeśli utrzymuje się temperatura lub kaszel nie mija, ponieważ dbamy o to, by ktoś osłuchał dzieci.

A i tak najgorsze, że…

Który system jest lepszy twoim zdaniem? Przyznaję, że często krytykowałam ten angielski, ale z perspektywy czasu wydaje mi się, że moje dzieci chorowałyby podobnie, niezależnie od kraju, w którym chodzą do przedszkola. Największym minusem jest dla mnie to, że każdy wirus rykoszetem leci w stronę młodszego malucha.