WROCŁAW

Czy wiesz, że Wrocław jest miastem gitary?


Majówka z pogodą pod prawdziwym, włochatym psem. Można by napisać tylko tyle. Tylko po co skoro nam żadna pogoda niestraszna?  A TEGO wydarzenia nie mogliśmy przegapić. W końcu to Wrocław jest miastem gitary, a ja mam tą jedną jedyną. Ją właśnie.

Wiele razy słyszałam, że wyprawa z dzieckiem gdziekolwiek to mały maraton. Spakować pieluchy, chusteczki, wodę, jedzenie jakieś mobilne, zabawki na nudę, mleko w cyckach, kocyk, ubranie najlepiej na 3 zmiany i wiele innych. Pieluchę zmieniać gdzieś, bo nigdy nie wiadomo czy będzie odpowiednie miejsce (samochód świetnie się sprawdza). Dopasować wszystko do drzemki malucha, bo jak niewyspany to zły. Jak głodny – zły. Kiedy coś mu nie pasuje, też zły. To co? Nigdzie nie wychodzić? Fakt, to jest maraton ale nie wyobrażam sobie bez niego życia. Odpowiednia organizacja (zawsze mamy pod ręką torbę ze spakowaną połową domu, do której wystarczy włożyć prowiant oraz dopasować do pogody, aury, humoru – niepotrzebne skreślić) i można się zebrać naprawdę szybko. Spontan z dzieckiem jest możliwy. Co to by była za majówka bez takich wypadów?

Na pierwszy ogień wpis o najważniejszym, czyli Gitarowym Rekordzie Guinnessa, który bijemy co roku (oficjalnie od 2003) na początku maja we Wrocławiu. Gitarzyści wspólnie wykonują utwór Hey Joe, Jimiego Hendrixa. Impreza odbywa się w ramach Thanks Jimi Festival. Niesamowite, że na początku zagrało „tylko” 588 gitarzystów. Tegoroczny rekord wynosi (póki co, nieoficjalnie bo wciąż trwa podliczanie) 7344 gitary – WOW!

DSC_0002

DSC_0008

DSC_0004

Z gitarą najpierw na plecach, potem w rękach, przypomniały mi się bardzo fajne lata mojego życia. Przez moment nie czułam się jak matka-tragarz-mleczarnia-etatowy pajac (mimo, że staram się nigdy tak nie czuć).  Zadziało się coś fajnego, chociaż muszę przyznać, że zdążyliśmy ledwoco. Jak ta sójka za morze, jeszcze to, potem tamto, żeby w końcu dotrzeć o 15:40 na miejsce (udało się zaparkować przy samym rynku, na tyłach budynków przy Świdnickiej, kto z Wrocławia ten wie jaki to fart). Godzina była dosyć istotna, o czym nie musicie wiedzieć, bo rejestracja rekordzistów zamykała się o 15:45, a bicie rekordu zaczynało o godz. 16:00.

Niestety nie mam zdjęcia z uniesionymi w górę gitarami. Widok – boski, wrażenia – niesamowite. Młody nam przemókł do suchej nitki i biegliśmy na pogotowie ubraniowe do samochodu, ratując sprzęt przed deszczem.

DSC_0020

Jimi Hendrix na pewno poczuł się wzruszony i rzewnie zapłakał, kiedy zobaczył nas razem. Mnie i Ją. Świadczy o tym ulewa. To nie krople deszczu, tylko łzy! Punkt 16:00 a tu leje jak z cebra. Biedne gitary! Cóż, z cukru nie jestem, nie rozpuszczę się, a skoro już jestem w transie….to znaczy jesteśmy…..

Staliśmy w sektorze zgredów – starsi ludzie, potwory wózkowe (z noworodkami!) i my. Nic to – było po prostu świetnie! Genialna atmosfera, Leszek Cichoński którego bardzo lubię. Do tego Eric Burdon, Mechanik (Mieczysław Jurecki), którego ekspresja na scenie przebiła wszystkich innych, Chris Jagger – przezabawny, raz śpiewał a raz nagrywał wszystko telefonem (nie od razu wiedzieliśmy kto to jest, ale byliśmy pewni, że nie Polak ;))  i wielu, wielu, wielu gitarzystów. To wszystko i więcej jeszcze możliwe było tylko w tym mieście, z tymi ludźmi, z tą gitarą. Z nią właśnie, kupioną za pierwsze zarobione pieniądze, Yamahą.

Za rok będę tam znowu. Będziemy. Ja i Ona.

P1170907