LIFESTYLE

Mój organizm nie wytrzymał.

wypalenie zawodowe

Wypalenie zawodowe u blogera brzmi jak żart. A jednak…

Niby byłam. Pokazałam kilka kwiatków na Instagramie, z hasztagami jak się należy. Niby coś tam opublikowałam na facebooku. Bez przekonania szczerze mówiąc. Na blogu nic. Cisza. Jakby mi ktoś odciął kroplówkę z kawą. Nagle z dnia na dzień poczułam ogromny przesyt wszystkiego. Chciałam się odciąć od blogowego świata, od przymusu publikacji, od chęci zadowolenia wszystkich wokół. Nie odpisywałam na maile, nie otwierałam strony ze statystykami, nie logowałam się do panelu bloga. Dość. Mój organizm nie wytrzymał. Czyżby to było słynne wypalenie zawodowe?

Dla wielu osób prowadzenie strony internetowej – bloga, mini portalu, whatever – to siedzenie w domu, scrollowanie fejsa i pierdzenie w stołek. Well, u mnie (niestety) nie. Padałam na pysk, zarywałam noce i ciągle chciałam coś dogonić. Niby nie o to chodzi, żeby złapać króliczka, ale umówmy się: właśnie o to czasami chodzi. Kiedyś przyjaciółka opowiadała mi o wypaleniu zawodowym. O ciągłym zmęczeniu, zniechęceniu, problemach zdrowotnych.

Skąd wiedziałam, że mam dość?

Wieczorami nie byłam w stanie obejrzeć ulubionego serialu, bo od siedzenia z nosem w telefonie i ekranie komputera, przestałam rozpoznawać aktorów. Obraz już około 18:00 robił się rozmazany. Nie było mowy, żebym zobaczyła cokolwiek z odległości większej niż pół metra. Do tego ciągłe, uporczywe drganie prawej powieki, które właściwie trwa dotąd i za chwilę tak się do niego przyzwyczaję, że będzie normalne, jak ropa w kącikach oczu po przebudzeniu.

Byłam zmęczona, ale tak nienaturalnie jakoś. Od prawie roku chodziłam po lekarzach z różnymi bólami. Kardiolog stwierdził, że tylko takich pacjentów by sobie życzył, serce jak dzwon, a jednak boli. Nagłe kolki, nerwobóle w prawym boku. Problemy z żołądkiem i najgorsze przypuszczenia. Szybkie usg, gastroskopia, cuda na kiju – mówię Wam! W ostatnim czasie zbadałam sobie dosłownie wszystko. Morfologię mam idealną do wojska, gdybym tylko miała siłę. A siły brak. Zasypiałam równo z dziećmi, rano nie miałam siły wstać, w ciągu dnia ciągle kręciło mi się w głowie, z tyłu której miałam nowe wpisy, publikacje, zmiany, appki, zdjęcia…

Do tego dziecko, które mnie prosiło, żebym mniej pracowała i się z nim pobawiła “w cokolwiek”. Mamo, popatrz! Mamo, dlaczego nie patrzysz, znowu pracujesz? Mamo! MAAAAAMOOOOO! Serio, tego nie da się zignorować, powiedzieć “sorry mały, za chwilę”. Za chwilę nie będzie chciał ze mną gadać, bo będzie miał 14 albo 15 lat, trzaśnie drzwiami i tyle go widzieli. Nie chcę żeby tak było, a granica między pracą w domu, a życiem rodzinnym, jest śliska jak brzuch ryby. Cholernie ciężko to rozgraniczyć zwłaszcza wtedy, kiedy dzieciaki są w wieku mocno angażującym – przed przedszkolnym i przedszkolnym. Obiad się sam nie ugotuje, pranie się samo nie zrobi i możemy udawać, że ten brud na podłodze wygląda fancy i trendy, ale hej. Są jakieś granice.

 

Taka moda, panie!

Łatwo powiedzieć, że od brudnych naczyń nikt nie umarł i wesprzeć się badaniami amerykańskich naukowców w tej kwestii. Można stwierdzić, że to skiśnięte pranie nastawimy jeszcze raz (i jeszcze, i jeszcze, bo wiadomo, że to na dwóch się nie skończy). Klocki pozbieramy za tydzień, kibel wyszorujemy za dwa, a w lustrach upstrzonych kroplami jeszcze przecież coś widać. Problem w tym, że nie takiego domu chcę dla dzieci, nie takich widoków i nawyków.

Mamy tu zatem iście interesujący podział na:

  1. Obowiązki domowe.
  2. Obowiązki rodzicielskie.
  3. Obowiązki zawodowe.

Do tego powinnyśmy spać minimum 8h, przynajmniej pół godziny dziennie poświęcić na spacer, jeść w regularnych odstępach czasu pięć zrównoważonych posiłków, wszędzie dojeżdżać rowerem, nie wstawać gwałtownie, rozmawiać z partnerem minimum 20 minut dziennie, z dziećmi bawić się przynajmniej przez dwie godziny, a także poświęcić co najmniej godzinę na własne pasje i godzinę na relaks. Kąpiel, gotowanie, zakupy, sprzątanie.

Czy ktoś oprócz mnie ma wątpliwości, że doba się, kurwa, nie rozciąga???

Ja ich nie miałam i dokładnie 3 tygodnie temu ustawiłam automatyczne dodawanie wpisu na blog, po czym postanowiłam wrócić, dopiero gdy będę gotowa. Nawet jeśli ucieknie mi przez to jakiś kontrakt, nie pojadę w milion miejsc i ktoś się ode mnie odwróci. Zdrowia i miłości nikt mi nie odda, a nadrobić się nie da, kiedy już człowiek się ze wszystkim upora. Oto jestem. Nawrócona na dobrą stronę mocy.

Byliśmy z dzieciakami na koncercie, obżeraliśmy się lodami, przez tydzień od rana do wieczora budowaliśmy z klocków na L, a do tego kupiłam sobie farbę i znowu będę przerabiać górną łazienkę. Ten naprawdę fajny, wartościowy czas zakończyliśmy z Michałem na konferencji w Łodzi i spędziliśmy razem dwa dni, po raz pierwszy poza domem bez dzieci. Okazało się, że od tego nikt nie umiera, nie giną foki ani jednorożce i może uda się częściej spędzać czas we dwoje, kiedy telefon wyciągamy jedynie po to, żeby sprawdzić czy daleko na komisariat, ale o tym opowiem następnym razem…

 

Jeśli podobał Ci się ten wpis, będę wdzięczna, jeśli go polubisz i skomentujesz <3


Dodaj komentarz

avatar

This site uses Akismet to reduce spam. Learn how your comment data is processed.

  Subskrypcja  
Powiadom o