PARENTING

Prawdziwa twarz macierzyństwa.


Widziałaś ją przez chwilę, kiedy za rękaw ciągnęła dziecko krzyczące w niebogłosy, że akurat dzisiaj nie chce iść do przedszkola.

Widujesz ją czasami, kiedy głowę chowa w otwartych drzwiach lodówki, bo w oczach pojawiły się łzy jak grochy, a ona nie chce żeby ktokolwiek ją zobaczył.

Widziałaś ją wczoraj, kiedy robiła się czerwona ze złości.

Zobaczysz ją jutro, jak znów się uśmiechnie, z poczuciem winy za wszystkie poprzednie dni.

Widzisz ją ciągle, każdego dnia, w lustrze. Przeglądasz się we własnym odbiciu wychodząc na zakupy, do pracy, na plac zabaw. Patrzysz na siebie i wiesz, że właśnie tak wygląda prawdziwa twarz macierzyństwa.

Dość lukru i obłudy.

Wypomadowane panie opowiadają w śniadaniowej o trudach macierzyństwa. O kłopotach ze sznurowaniem małych bucików, problemach z odbijaniem i czy różowy jest tylko dla dziewczynek. Powiedzmy sobie szczerze: to są małe problemy unoszone do rangi tragedii. To w zaciszu własnego domu najczęściej płaczemy, śmiejemy się i przeżywamy to wszystko, co z macierzyństwem jest związane.

Ciężko się przyznać, nawet przed samą sobą, że czujemy złość na dziecko/dzieci. Nie utożsamiajcie złości z przemocą. Przekroczenie granic każdego z nas może spowodować narastanie frustracji. Tłumienie emocji? Przez jakiś czasz zdaje egzamin, a później poziom wściekłości sięga zenitu i nawet mocne pierdolnięcie drzwiami nie pomoże. Przyznajesz się do tego, że młode sprawia, że się złościsz? Możesz liczyć na upiorne spojrzenie teściowej i naganę od pani mijającej cię na ulicy po raz pierwszy i ostatni w życiu.

Ze złością można sobie poradzić. Mi pomaga kilka rzeczy:

  1. Informacja, że jestem zła wypowiedziana głośno.
  2. Opuszczenie pomieszczenia, w któym jest ktoś, kto mnie wkurza.
  3. Głęboki oddech i szklanka zimnej wody (serio, pomaga!)
  4. Aktywność fizyczna. I to nie tylko kiedy denerwują nas dzieci, ale także dorośli.

Jesteś kobietą. Rodzisz nie tylko dzieci.

Oba te uczucia rodzą się razem z dziećmi i to niezależnie od tego, czy mamy za sobą cesarkę czy poród siłami natury. To piękne podsumowanie idiotycznych porównań i gównoburz pomiędzy obozami “tylko natura się liczy” kontra “w dupie trzeba mieć naturę, kiedy chodzi o życie dziecka”. Razem z dziećmi rodzi się bezsilność, z którą mamy do czynienia w najtrudniejszych momentach. W czasie choroby, którą chciałybyśmy zabrać i wziąć na siebie jej ciężar. W przypadku śmierci, o której myślimy, że nas nie dotyczy, a kiedy przychodzi, zostajemy z nią sam na sam.

Boimy się ciąży, powikłań, porodu, bólu, pierwszych nieporadnych dni z dzieckiem, chorób, utraty lub powrotu do pracy, że relacje z partnerem nie będą takie jak kiedyś i, że zyskałyśmy coś cudownego płacąc za to niespełnionymi marzeniami, niezrealizowanymi planami i gwarantowanym dniem świstaka przez kilka lat. Wiele z nas boi się tego samego i gdybyśmy tylko mówiły o tym głośno, inne kobiety i matki poczułyby ulgę nie musząc się kryć ze swoim własnym strachem. Strachem, który nieraz jest powodem drwin i niezrozumienia. To jest prawdziwa twarz macierzyństwa, choć częściej się mówi o jego urokach.

 

 

Szczęście przez łzy i łzy szczęścia.

Kiedy po pierwszym porodzie hormony fundowały mi najlepszy rollercoster świata, powtarzałam jak mantrę, że to jeszcze tylko trochę, jeszcze chwilę i będzie normalnie. Synonimem normalności była wtedy możliwość zejścia po schodach, wypicia ciepłej kawy i odpalenia którejkolwiek śniadaniówki bez konieczności odrywania się od niej chociaż przez piętnaście minut ciurkiem. Byłam szczęśliwa, bo długo czekaliśmy na pierworodnego, ale to było szczęście przez łzy. Położna środowiskowa po dwóch tygodniach od porodu delikatnie zapytała “może wyjdzie już pani z sypialni?”. Nie miałam pojęcia, że minęło tyle czasu! Nawet nie do końca zdawałam sobie sprawę, że własnie zostałam mamą. Byłam poranionym zwierzęciem zamkniętym w klatce. Wściekłym, że musiałam mieć cesarkę. Niezadowolonym, że akurat moje dziecko musi mieć kolki. Wkurzonym na cały świat za szczęście, o którym przecież tak bardzo marzyłam.

 

Miłością dzieci nie nakarmisz.

Słyszałaś to zdanie, że o miłości nie ma pojęcia ten, kto nie ma dzieci? Wymarz to zdanie z pamięci, bo to bzdura wymierzona ostrzem w osoby, które dzieci mieć nie chcą. To idiotyzm, bo takiej miłości, jaka połączyła mnie z mężem, sama sobie zazdroszczę. Dzieci kocha się inaczej. Najmocniej na świecie i do utraty tchu, ale inaczej. Czujemy to niezależnie od uczuć, jakie nas przepełniają. Czujemy, kiedy wracamy do pracy na etat a trzylatek buntuje się i mówi Ci, że pewnie już go nie kochasz. Gdyby tylko wiedział…

Samotność.

Żyjemy w stadach, jak zwierzęta, a ze swoimi uczuciami jesteśmy same. Ponarzekamy wspólnie, pośmiejemy się, a potem po cichu znowu schowamy twarz w drzwiach lodówki, żeby ochłonąć i otrzeć łzy. Znowu spojrzymy w lustro i zobaczymy, że tego siwego włosa nie było na głowie, kiedy myślałyśmy o dzieciach jak o słodkich aniołkach. Znowu pomaszerujemy tą samą drogą z nadzieją, której nie da nam nikt inny.


Dodaj komentarz

avatar
  Subskrypcja  
Powiadom o