Port miejski we Wrocławiu.
Zrozumieć można wiele. Na przykład to, że pokochać wieś na nowo będę mogła tylko wtedy, kiedy przeproszę się z miastem, dając mu soczystego buziaka. Mam ciągle w pamięci te chwile, kiedy rytm mojego dnia wyznaczały pociągi na pobliskiej stacji kolejowej. Ich stukot motywował i napędzał mnie do działania. Błękit nieba przesłaniały linie trakcyjne skrzyżowane z obłokami zostawionymi przez samoloty. Klaksony. Nieustający szum. Kwintesencja miasta. Różnorodność homo sapiens porównywalna do flory w dżungli, którą miasto niewątpliwie jest.
Zdarza mi się chodzić bez celu. Chwytać w nozdrza zapach powietrza, którego nie można ze sobą zabrać a zapamiętać jest niezwykle trudno. Zawsze wtedy mam ze sobą aparat, który pieszczotliwie nazywam kolekcjoner. Może nie robię zdjęć jak do National Geographic, a na lepsze obiektywy ciągle zbieram, ale to (oprócz nosa) jedyne narzędzie, które pozwala mi zatrzymywać momenty. Stop klatka.
Jest we Wrocławiu takie miejsce, które gorąco polecam wszystkim filmowcom z zamiarami nakręcenia filmu grozy. Do cna przesiąknięte aurą tajemniczości.
Zdaję sobie sprawę, że amatorów tego typu „atrakcji turystycznych” może nie być wielu (jeśli się mylę – sprostujcie), natomiast ja i TB jesteśmy zafascynowani opuszczonymi budynkami, walącymi się hotelami i starymi fabrykami, do których już od dawna nie wolno wchodzić. Miejsca nieoczywiste. Nie znajdziecie ich w żadnym przewodniku.
Port miejski i jego okolice, bo o nich mowa, okazały się idealne do eksploracji. Zresztą, każdego dnia, to miejsce zwiedza sporo osób. I nie są to marynarze szukający dziewczyn, coby mieć po jednej w każdym porcie.
Pociąg kojarzy mi się z wolnością. Głowa wystawiona za okno, wiatr we włosach i poczciwe przedziały pamiętające rozmowy i zapach pasażerów zmęczonych podróżą. Chaos porządkowany miarową pracą. Proste tory. Przewidywalność. Z nią czasami mam problem, bo kiedy pojawia się zmęczenie, pomysły ulatują tak szybko, jak się pojawiły. W poszukiwaniu inspiracji, odnajduję nowe drogi, z którymi wiążę przyszłość. Alternatywne zwiedzanie jest wolnością właśnie. Wszystko co wychodzi poza przyjęte ramy nią jest.
Nigdy tam nie byłam, a wydawało mi się, że Wrocław znam, jak mało kto.
To miejsce chyba uważane za mało atrakcyjne i w sumie nic dziwnego, ale to raj dla poszukiwaczy przygód i galopującej wyobraźni :).