EMIGRACJA

Niezbędnik emigranta.

niezbędnik emigranta

Angielską pogodę można lubić albo nienawidzić. Można też się z nią pogodzić i, prawdę mówiąc, jeśli chcemy tu spędzić więcej niż rok, a nie cierpimy deszczu i wiatru, warto to zrobić dla zdrowia psychicznego. Oprócz pogody, czynnikami determinującymi listę mojego niezbędnika są ludzie, miejsce zamieszkania i nasze przyzwyczajenia np. żywieniowe.

1. Kalosze, prochowiec i parasol.

Duży parasol. I folia przeciwdeszczowa do wózka. I ubezpieczenie na wypadek utonięcia. Nie jest przesadą ani kłamstwem kiedy słyszysz, że Anglia to deszczowy kraj. W mojej (skromnej) kolekcji butów nigdy nie było kaloszy (nie liczę gumiaków używanych przy koszeniu trawnika). Nawet jako mała dziewczynka skakałam przez kałuże w tenisówkach albo adidasach, nikomu nie przeszkadzały przemoczone skarpetki. Po przeszło siedmiu miesiącach w Wielkiej Brytanii, pogodziłam się z faktem, że kaloszy nie uniknę. Zamówiłam sobie całkiem ładne, czarne, z kokardką ;). Porządnego płaszcza przeciwdeszczowego ani parasola do tej pory nie znalazłam. Well…

2. Masz ulubiony chleb?

To już go nie masz. Kiedy przypomnę sobie poranki spędzone w długim ogonku przed prywatną piekarnią przy placu Bema we Wrocławiu, już nic nie jest takie samo. Ten miąższ, ta skórka, ten zapach. Naprawdę smaczny chleb jem tylko wtedy gdy rodzice zapakują go do podręcznej walizki i do mnie przywiozą. Owszem, da się w Anglii kupić smaczne pieczywo i warto go szukać. Nie będzie Ci smakowało tak samo jak „nasze’, nie będzie nawet naszego przypominało, ale może rozsmakujesz się w czymś nowym? W końcu „inne” nie znaczy „gorsze”.

3. Gruby Duży portfel.

Jeśli dysponujesz jedynie niewielką portmonetką, szybko poszukaj porządnej nerki. Albo dwóch. Długo nie mogłam się przyzwyczaić do większych niż polskie banknotów. Ale to jeszcze nic. Angielskie monety są wielkie i ciężkie. 10 funtów w drobniakach (które wystarczają na bardzo, bardzo małe zakupy spożywcze) ledwo się mieści w przegródce. Najlepszy wynalazek to maszynki do zamiany drobniaków na grubsze pieniądze.

4. Zmień myślenie.

Wszyscy wiedzą, że w Anglii życie toczy się na odwrót. Ruch jest lewostronny, dzieci zamiast w marcu rodzą się w listopadzie ;), a sąsiedzi potrafią być naprawdę mili. Nie możesz jednak niczego zakładać z góry. Na przykład, że jeśli masz zielone światło, nic Cię nie przejedzie – sprawdź najpierw czy wszystkie samochody się zatrzymały, bo zdarza się że wolą jechać. Czerwone światło dla pieszych to tylko ostrzeżenie, nawet pulicaje przemykają na czerwonym, kiedy daleko hen nic nie jedzie, bo w związku z powyższym (patrz: zielone światło) czasami w ten sposób jest bezpieczniej. I ponoć nie grozi za to mandat. Jeśli nie wiesz, w którą stronę patrzeć zanim wleziesz na jezdnię, popatrz pod nogi – bardzo często znajdziesz tam napis, który Ci pomoże. Anglik witający Cię słowami „Hi love” naprawdę nic do Ciebie nie ma, prawdopodobnie nie jest lokalnym gwałcicielem ani mordercą, po prostu jest miły.

5. Uczyłaś się w szkole angielskiego? 

Dobrze, chociaż zapewne zmarnowałaś mnóstwo czasu. Świetnie jeśli znasz gramatykę, ale wymowy nauczysz się na miejscu. Nie wiem, w którym regionie Anglicy mówią jak Anglicy, ale na pewno nie są to okolice Manchesteru. To powie Ci każdy. Trochę, jakbyś znajdowała się na Śląsku i wszyscy mówili gwarą. Pamiętam nasz pierwszy dzień w Anglii. Taksówkarz zapytał, gdzie dokładnie jedziemy itede, a ja zamiast odpowiedzieć, stałam w szoku i swój pytający wzrok skierowałam na dziecko, potem na męża (kiedy zorientowałam się, że dziecko po angielsku jeszcze ani be, ani me). Po miesiącu ledwie zrozumiałam faceta, który w baaaardzo zawoalowany sposób proponował mi umycie okien. Po dwóch rozumiałam znacznie więcej, choć ciągle mnie śmieszyło much wymawiane jako mocz.  Na szczęście, po siedmiu, jestem jako-tako osłuchana, co jest kluczem do rozumienia czegokolwiek. Bo przecież nie wystarczy słuchać, czasem wypadałoby jeszcze coś powiedzieć.

6. Załóż dzienniczek zaskoczeń.

Wymieniłam już kilka w poprzednim wpisie o emigracji, ale ciągle przypominają mi się nowe rzeczy. Na przykład to, że w przeciągu siedmiu miesięcy nie mogę sobie przypomnieć ani jednego bardzo, ale to bardzo brudnego samochodu. W zasadzie jedno „bardzo” by wystarczyło. Serio, myjnie w moim mieście są oblegane nawet w czasie deszczu. Ponadto, Anglicy chyba nie należą do gatunku złotych rączek, w przeciwieństwie do nas, Polaków. Kupowaliśmy kilka dni temu nową wykładzinę na schody. Wszystko skrupulatnie pomierzyliśmy, już prawie kupiliśmy klej, tymczasem nikomu nie przyszło do głowy że chcemy robić to sami, bo oferta hurtowni zakładała i pomiary i wymianę. Całe szczęście, bo już trochę się bałam tego dziubdziania i przycinania.

7.Pokłady cierpliwości w wydeptywaniu własnych ścieżek.

Wciąż nie mogę uwierzyć, że przez okrągły miesiąc robiłam z Antkiem dwa razy dłuższą trasę do supermarketu tylko dlatego, że niepewnie się czułam wchodząc w podwórka między budynkami. Tymczasem okazało się, że to nie tylko krótsza ale i bezpieczniejsza trasa, na której nie muszę ciągle pilnować żeby syn nie wpadł pod ciężarówkę. Obrałam strategię kręgów. Zataczaliśmy coraz większe i poznawaliśmy okolicę. Zajęło nam to trochę czasu. Na koniec i tak się okazało, że wszystkie drogi prowadzą na…plac zabaw.

 

DSC_0293 Clipboard DSC_0297 DSC_0296 DSC_0261 DSC_0262 DSC_0279 DSC_0305

8 comments

  1. Monika Mo 2 sierpnia, 2015 at 11:10 Odpowiedz

    Angielski z Manchesteru jest rzeczywiście specyficzny, ale osobiście uwielbiam ten akcent (nawet wczoraj rozmawialiśmy o nim ze znajomymi – Niemcem tłumaczem angielskim i Szkotką). Ja mam podobnie tutaj z bawarskim dialektem – on ani trochę nie brzmi jak Hochdeutsch, którego uczyłam się w szkole. Bo to całkiem inny język. Na szczęście tutaj większość ludzi jak chce to potrafi mówić normalnie. Albo też są obcokrajowcami. Ale w UK niestety nie jest tak lekko, mało kto używa pięknej poprawnej angielskiej mowy (tylko królowa i w tv, ale też nie wszyscy) i każdy ma to gdzieś. Nie rozumiesz? Twój problem 🙂 Nigdy nie zapomnę, gdy pierwszy raz miałam styczność z prawdziwym Anglikiem. Jako 14-latka przekonana święcie, że znam angielski, bo rozumiem amerykańskie filmy i piosenki i czytam Władcę Pierścieni w oryginale. Jakież było moje zaskoczenie, gdy koledzy ze szkolnej wymiany zapytali : „Djulojkosesfrins?”. Moja pierwsza reakcja: czo to do cholery jest „lojkos”? Dopiero później rozszyfrowałam, że chodziło o: „Do you like us as friends?”.

    Co do braku ulubionego chleba – też go odczuwam tu na emigracji. Pieczywo w Niemczech jest albo wstrętne albo drogie. Ostatnio przerzuciliśmy się na tę drugą opcję, bo stwierdziliśmy, że naprawdę lepiej już wydać tę kasę i mieć przynajmniej dobry chleb, niż na żula kupić bułki po 19 centów i potem narzekać. Jakość życia automatycznie wzniosła się na wyższy poziom.

    • Anna Bartnik 2 sierpnia, 2015 at 12:24 Odpowiedz

      Jedyny chleb, który jest doskonały to 100% żytni, bez drożdży, w składzie 4 rzeczy i smakuje świetnie, tylko jest ciężkostrawny i młody za nim nie przepada.

      Co do języka – na szczęście większość osób, z którymi rozmawiam, jeśli czegoś nie zrozumiem, mówi to samo tylko innymi słowami i jest ok.

  2. ohdeer_blog 2 sierpnia, 2015 at 15:15 Odpowiedz

    Ja też bardzo tęsknie za chlebem, ale często kupujemy w Barbakanie w Chorlton więc smak trochę podobny – polecam. A z tym 'hi love’ to mnie bardzo rozśmieszyłaś:)))) Buziaki x

  3. Ali 2 sierpnia, 2015 at 19:41 Odpowiedz

    chyba kazdego na emigracji zaskakuja podobne rzeczy 🙂 Mieszkajac na Cyprze mam kontakt z wieloma Anglikami i zdarza sie ze niektorych rozumiem bez zadnych problemow, a od niektorych ani slowa! Z moich doswiadczen najgorsi w tej kwestii sa Szkoci!
    Pamietam tez historyjke, ktora w dawnych czasach opowiadala w szkole moja nauczycielka angielskiego – jej kolega ze studiow (anglistyka of course ;)) bardzo dobrze radzil sobie z jezykiem na tychze studiach jak i na praktykach w UK, uwazajac sie wiec za odpowiednio wyuczonego w tej kwestii wyemigrowal do Australii, wysiadl na tamtejszym lotnisku po czym stwierdzil ze chyba znajduje sie nie w tym kraju w ktorym powinien bo nie rozumie ani slowa! :)))))) Tak wiec tak….

    A a propos chleba – na Cyprze pieczywo jest i drogie i paskudne!

  4. by Kamila - Kamila Urbaniak 21 stycznia, 2016 at 12:00 Odpowiedz

    Właśnie do Ciebie trafiłam z bloga mamaw.uk 🙂 NIewiele można powiedzieć po jednym wpisie, ale zdecydowanie podoba mi się Twój styl. Za miesiąc też emigruję więc siłą rzeczy…szukam informacji o Anglii i miło wiedzieć, że blogujące osoby coś o tym piszą 😉 Dziękuję 🙂

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.