DZIECI I RODZINA

Cesarka pętlą na szyi matki.

cesarka

Generalnie, z zasady, jestem za naturą. Naturalnym karmieniem, porodem siłami natury i ekologicznym żarciem. Ja, dla siebie, w swoim życiu. Uważam, że tak lepiej, zdrowiej, fajniej. Tylko, że los układa się bardzo różnie. My swoje, natura swoje. Czasem chcemy być od niej mądrzejsi, innym razem stanowczo się jej sprzeciwiamy w obawie o własne zdrowie, bo nawet i ona, nasza matka, potrafi się mylić. Druga zasada jest taka, że nie zaglądam innym do ich łóżka, talerza ani łona. Dlatego o tym co za chwilę, piszę tylko i wyłącznie ze swojej perspektywy.

Przeczytawszy przed porodem tonę lektur czułam się, jakbym mogła zrobić z niego doktorat. Zresztą na salę porodową jechałam szczęśliwa, że to już niedługo. Nie bałam się bólu, cierpienia, byłam przygotowana (psychicznie) na nacięcie bo uznałam, że tak będzie lepiej. Wyraziłam zgodę na szereg różnych badań i czynności lekarskich wiedząc, że to wszystko dla mnie i w trosce o zdrowie moje oraz mojego dziecka. Byłam przygotowana na poród siłami natury. Właśnie takiego dla nas chciałam – skurczy, powolnej adaptacji syna do nowych, nieznanych mu warunków, wybranej pozycji porodowej (w szpitalu była taka możliwość, łącznie z porodem w wodzie, do którego zrobiłam sobie wszystkie badania tylko basen był nieczynny czy coś, nieważne). Wiecie już, jak mój poród się zakończył i patrząc z perspektywy czasu, dobrze że tak się stało. Pogodziłam się z nim, oswoiłam i nawet biorę pod uwagę, że za drugim i trzecim (tak, chciałabym trójkę dzieci, a przy cesarkach to maksimum na jakie mogę sobie pozwolić) może być tak samo. Nastawienie psychiczne do porodu, niezależnie od tego jaką drogą się odbywa, uważam za jedną z kluczowych rzeczy.

Nie czytałam o cesarskim cięciu. Jakimś cudem albo o nim zapomniałam, albo nawet nie dopuszczałam najmniejszej myśli, że taki będzie finał dziewięciomiesięcznej rezydentury Budzika w brzuchu. O, przepraszam, coś nie coś obiło mi się o uszy. Mianowicie: cesarskie cięcie, pomijając wszystkie możliwe komplikacje około operacyjne, w znaczący sposób determinuje rozwój i życie dziecka. Wpływa na nie wybitnie negatywnie, a matka która przez cesarkę urodziła skazuje swoje potomstwo na wszystkie możliwe choroby, z cukrzycą i rakiem włącznie. Ponadto ma jak w banku, że dziecko nie będzie grzeszyło inteligencją. No nic, tylko się powiesić. Teraz wyobraźcie sobie osobę, dla której cesarka jest nagłym wypadkiem ratującym życie jej i jej dziecka. Depresja poporodowa albo w najlepszym przypadku porządny baby blues zapewniony! Przecież informacje tego typu to wiercenie dziury w mózgu matkom, które będą się długo borykały z poczuciem winy zwłaszcza wtedy, kiedy nie zdecydowały się na te operację świadomie, a była ona koniecznością. Nie muszę dodawać, że jestem jedną z nich?

Dlaczego o tym piszę? Bo uważam, że to nie w porządku. To, że przeczytamy tylko o negatywnych skutkach cesarskiego cięcia. Że brak rzetelnych informacji o ratowaniu życia dzięki temu rozwiązaniu. Niech obok krzyczącego nagłówka o zmarnowanym życiu, widnieją statystyki ile żyć zostało dzięki cesarkom uratowanych. Wiecie co? Ja nawet rozumiem lekarza, który dał mi prosty wybór: albo robimy operację za pół godziny albo nie daję gwarancji, że syn doczeka kolejnej oksytocyny. Rozumiem dlaczego lekarze coraz częściej decydują się na ten krok. Staram się też zrozumieć kobiety, które same chcą cesarskie cięcie. Ten prosty wybór polegał na jego braku. Mogę sobie rozmyślać co by było gdyby, ale nigdy nie będę żałować że moje dziecko przyszło w 42 tygodniu ciąży na świat, wybierając drogę na skróty. Zdaję sobie sprawę z tego, że nagłe wyjęcie z brzucha mamy jest dla malucha dużo większym szokiem niż podczas porodu siłami natury. Problem polega na tym, że nie ma złotego środka i recepty na wszystko.

Życzyłabym sobie, żeby kolejna pani psycholog czy redaktor zanim napisze, że moje dziecko będzie chorowite i skazane na niepowodzenie, swoje zadania z pewnością będzie przekazywać komu innemu a lekcje odrabiać na ostatnią chwilę zastanowiła się, kto ten artykuł przeczyta. Żeby, nawet jeśli to potwierdzone naukowo (choć szczerze wątpię, zostałam urodzona nie przez cesarkę, a całe życie robię wszystko na ostatnią chwilę), niech pojawią się informacje o plusach takiego rozwiązania. Nie wierzę, że ich nie ma. Ja znam przynajmniej jeden. Waży 11 kg i śpi w pokoju obok.

  •  
  •   
  •  
  •  
  •  

32 comments

  1. Kasia 29 września, 2014 at 10:05 Odpowiedz

    Nie wiem skąd takie negatywne nastawienie?
    Jak byłam ostatnio w szpitalu to położne mówiły, że mw 1/3 porodów to cesarki. Na drugi dzień po mnie aż u 3 dziewczyn poród zakończył się cesarką (a zaczął naturalnie, 1 dziecko miało zawiniętą pępowine nie dookoła głowy, tylko wzdłuż, nie było szans zeby urodzić naturalnie, bo pępowina blokowała wyjście główce. U drugiej dziewczyny ciśnienie podczas porodu naturalnego tak mocno wzrosło, że tez musiał zakończyć się cesarką ). Nie zauważyłam żadnej nagonki na matki czy też dzieci urodzone w ten sposób.
    Ja się nie nastawiałam jakoś szczególnie na wybrany przeze mnie rodzaj porodu, chciałam urodzić naturalnie, ale liczyłam się z tym, że to może się różnie skonczyć, bo najważniejsze było dla mnie zdrowie dziecka.

    • Anna Bartnik 29 września, 2014 at 19:17 Odpowiedz

      I dla mnie też, dlatego dziś rozpatruję ten poród w zupełnie innych kategoriach niż wtedy, pod wpływem emocji. Wyżej zalinkowałam do tego artykułu. Wiem, że on może miał mieć inny wydźwięk, ale skupiłam się na pierwszej części.

      W szpitalu też nie spotkałam się z gorszym traktowaniem czy czymkolwiek negatywnym w związku z cc, wręcz przeciwnie – położne trochę więcej się przykładały do pomocy, przynajmniej pierwszego dnia. Media za to robią to inaczej, właśnie dlatego o tym piszę – żeby mama stojąca przed wyborem cc czy sn, rozpatrywała go przede wszystkim w kategoriach zdrowia, ewentualnie własnego komfortu (nie wiem czym się babki kierują :)) a nie np. odrabiania lekcji przez dziecko w przyszłości (zabawne swoją drogą :)).

  2. yakayamama 29 września, 2014 at 10:19 Odpowiedz

    9 lat temu z hakiem…cisnienie medialne na rodzic po ludzku i koniecznie naturalnie…no to rodzę.Dobę,potem drugą.I nic.Nie ma rozwarcia,ja wykończona psychicznie miedzy skurczami rozwodze sie z męzem,wypowiadam najwiekszą ilość brzydkich słów,żądam(bezskutecznie rzecz jasna) psychologa,planuje ucieczkę do domu.Mąż wybłagał cesarkę na początku trzeciej doby…bez komplikacji,ja szybciutko wracam do formy,dzieć zdrowy.
    Dziś ODPUKAĆ…bardzo odporne na choróbska,inteligentne,bez ułomności…ja w drugiej ciąży…i sama nie wiem jak wolałabym urodzić.

  3. Ali 29 września, 2014 at 12:08 Odpowiedz

    pisalam na FB dodam i tutaj – na Cyprze dokonuje sie najwiekszej ilosci cesarek w Europie (niekoniecznie w przyczyn medycznych), ale za to jest tu tez najnizszy w Europie wskaznik powiklan i smierci noworodkow w wyniku problemow okoloporodowych. Tak wiec czemu nie? Ja sama urodzilam sie przez cc (ze wzgledow zdrowotnych mojej mamy), moj brat rowniez – nie mamy zadnych wiekszych problemow ze zdrowiem w porownaniu z jakimikolwiek rowiesnikami rodzonymi inaczej. Moj syn urodzil sie poprzez cc na moje wlasne zyczenie. Nie czuje sie przez to gorsza matka, ani on nie jest dzieckiem innym niz te urodzone naturalnie. Malo tego moj porod wspominam rewelacyjnie! Zadnego bolu, zadnych komplikacji, karmilam piersia 2h po zabiegu, a malym zajmowalam sie samodzielnie (soba rowniez) 24h od operacji. Nie taki wiec diabel straszny! :)))))

    • Anna Bartnik 29 września, 2014 at 19:21 Odpowiedz

      U mnie nie było tak dobrze – anemia, baby blues, okropny ból. Na dodatek brak kontaktu z dzieckiem długo po porodzie – to najgorsze ze wszystkiego. Ale większość z tego się na szczęście zapomina. I absolutnie też nie czuję się gorsza.

  4. Mommy On 29 września, 2014 at 20:17 Odpowiedz

    O kurcze, zmarnowałam życie mojej córce ułożonej pośladkowo i urodzonej 2,5 roku temu przez CC.
    Masakra, dzięki takim wypowiedziom w mediach czuję się jeszcze lepszą matką !
    Lepszą bo dla mnie poród naturalny czy cc … nie ma znaczenia !
    Moja córka będzie zdrowa i mądra ! Mówię Wam 😉

    Dziękuję Aniu za ten tekst.
    Dziękuję!

  5. Magda 30 września, 2014 at 14:27 Odpowiedz

    Dzięki za ten post. Mnie jeszcze wciąż smutno z powodu cesarki (jechałam na porodówkę równie szczęśliwa i podekscytowana, a tu d.). Nie uważam jednak, że zrobiłam krzywdę, a sama – podobnie jak Ty – urodzona siłami natury jestem mistrzem robienia wszystkiego na ostatnią chwilę. Ale poza tym to sobie radzę 😉
    Jedna wada jednak jest – ograniczona swoboda dalszego rozmnażania ;))). Zarówno ilościowa, jak i czasowa. Jeśli ktoś nie planuje dużej rodziny, to luz. Ja myślałam nawet o 2 + 4+. Teraz rozpracowuję temat vbac. Bo może się uda 🙂

  6. Ania 30 września, 2014 at 21:41 Odpowiedz

    Po mnie na oddziale dziewczyna rodziła bliźniaki. Nie znam szczegółów… Jeden chlopczyk urodził sie SN, drugi przez CC. A nie można było mamie tych zgoła pięknych maluszków zaoszczędzić takich cierpień?

  7. Anna Bartnik 30 września, 2014 at 21:46 Odpowiedz

    Tak, pisałam na fb, że to samo jest z mlekiem modyfikowanym. Z tą chorowitością, głupotą i krzywdą, jaka jest wyrządzana dziecku, dokładnie tak samo.

    Dlatego napisałam, że jestem za naturą, ale ta natura nie zawsze jest za nami.

  8. Anna Bartnik 30 września, 2014 at 21:48 Odpowiedz

    Dobrze, że to napisałaś!

    A propos dysleksji i ogólnego rozwoju, chociaż nie w temacie cesarki – byłam wczoraj u stomatologa i podczas gdy miałam otwartą buzię (czyt.: nie mogłam zaoponować ani rzeczowo porozmawiać) przez godzinę słuchałam o tym dlaczego i kiedy powinnam odstawić dziecko od piersi :o.

  9. Anna Bartnik 30 września, 2014 at 21:50 Odpowiedz

    Kamila, moja cesarka była o 19 z tego co pamiętam, mały urodził się 19:15. Leżałam na innym oddziale niż powinnam (straszny shit) i młodego przywiózł mi mąż o 11 rano, wcześniej żadna położna się nie pokwapiła.

    Dlatego jeśli będę miała drugą, to wiem że rano i liczę, że do wieczora jakoś się pozbieram, a w tym czasie będzie mógł przy mnie być ktoś do pomocy.

    • Kamila Haftkiewicz 30 września, 2014 at 23:33 Odpowiedz

      U mnie cesarska o 20 (po kilku godzinach walki), a Alicję o 12 przyniósł Damian. Mi nie chciały jej dac, bo byłam zbyt nieprzytomna. Nie było “skóra do skóry”. Nikomu się nie chciało polozyc jej przy mnie i pilnować. A byłam jedyną rodzaca tego wieczora… U mnie cesarska była ze względów ortopedycznych, których nikt wcześniej nie zauważył. Następne mogę tylko tak. Wynajmę sobie opiekę, żeby dziecko mogło być ze mną od początku. To chyba jedyny sposób.

  10. ola szulborska 4 października, 2014 at 12:28 Odpowiedz

    Miałam dokładnie tak samo. Nie brałam pod uwagę cięcia.Gdy usłyszałam, że po 17 godzinach porodu nie mam rozwarcia i musza ciąć rozpłakałam się. Czułam się winna przez długi czas, chociaż wiedziałam, że niczemu nie zawiniłam, bo jestem pielęgniarką. Pamiętałam jednak te wszystkie przeczytane wcześniej bzdury, bałam się że więź między nami nie będzie tak silna jak mogłaby być, że nie będę mogła karmić piersią. I co? Uwielbiamy się! I karmię wciąż chociaż Mały ma ponad rok i nie zamierzam z tego rezygnować! 🙂

  11. Tedi 8 października, 2014 at 19:35 Odpowiedz

    Trochę podobna dysputa do karmienia niemowląt. Też trafiłam na jakiś artykuł, że dzieci niekarmione piersią są gorsze, słabsze i w ogóle zmarnowane życie. Nie każdy może karmić piersią, choć jest to zdecydowanie mniej kobiet niż w przypadku porodu. Niektórzy to potrafią tylko w depresję innych wpędzać. Sama urodziłam przez sn i nie uważam, że to coś wyjątkowego. Najważniejsze jest to żeby dziecko i mama byli zdrowi.

Leave a reply

Your email address will not be published. Required fields are marked *

Witryna wykorzystuje Akismet, aby ograniczyć spam. Dowiedz się więcej jak przetwarzane są dane komentarzy.