OPINIE

Zabieramy im dzieciństwo, o jakim dla nich marzymy.

dzieciństwo

Miałam jakieś cztery lata, kiedy założyłam się z koleżanką, że przeskoczę tę wielką kałużę pod naszym blokiem. Pamiętam doskonale tamten moment, bo tuż po nim wpadłam dupskiem w sam środek wody. Mokre miałam… Wszystko, bo kałuża była naprawdę spora, a ja nie miałam kaloszy, zresztą — kto wtedy zakładał kalosze na deszcz?  Dzieciństwo nie potrzebowało kaloszy.

Niewiele ponad rok później zrobiłyśmy z kuzynkami wyprawę nad Widawę. Żeby dojść do miejsca, w którym można się w miarę bezpiecznie wykąpać, trzeba było iść kilka kilometrów przez las, potem pola, a następnie przekroczyć coś w rodzaju bagna, tworzącego się zawsze po letnich burzach. W rzece pływały raki, które łapałyśmy i równie szybko ze strachu wypuszczałyśmy. Miałyśmy kolejno cztery, pięć, sześć i osiem lat. Jako siedmiolatka razem z koleżanką zaznaczyłam na planie Wrocławia punkty, które chcemy zwiedzić. Nasza przygoda trwała cały dzień, z prowiantem w plecaku i światem, który zdawał się stać przed nami otworem.

Nie było dla nas żadnych granic. Żadnych przeszkód. Czy to dlatego, że nie było z nami dorosłych?

Nie twierdzę, że to było odpowiedzialne i mądre, ale było – działo się. Tak wyglądało dzieciństwo większości dzieciaków gdy byłam mała. Jestem z pokolenia chojraków, odważnych dzieci, które niczego się nie boją. Niepilnowanych, ale nie zostawionych samym sobie. Uświadomionych, ale dzikich jak mniszek lekarski na niekoszonym trawniku. Jestem z pokolenia, którego nie karało się za brudne spodnie, chociaż mama nie raz rozkładała nade mną ręce. Matkoboska, gdzieś ty była, Aniu? Nie zawsze oczekiwała odpowiedzi, ja nie zawsze chciałam mówić. To było moje dzieciństwo.

Dla nas niebezpieczne i niemożliwe nie istniało. Nie rozmawiałyśmy z obcymi, ale nie pamiętam, żeby ktoś mi  powtarzał by tego nie robić przed każdym wyjściem z domu. Nie pakowałam się w większe tarapaty, bo widziałam tę niewidzialną granicę, której nie mogłam przekroczyć. Nie dlatego, że ktoś mi kazał, a dlatego, że sama widziałam, co za tą granicą jest. Co się zmieniło w ciągu dwudziestu lat, że dzieciństwo jest zamknięte w szklanej bańce? Ulice wyglądają tak samo, ludzie są podobni. Moda, owszem, odrobinę się zmieniła, ale nie nosimy spodni na głowie i skarpet na uszach. Czy pedofili, zwyrodnialców, morderców jest więcej? Może mają więcej możliwości, ale oni zawsze byli i zawsze będą. Nie może nas – rodziców – paraliżować strach. My nie mieliśmy telefonów, nikt nie inwigilował naszych komputerów. W czasie wakacji wychodząc z domu mówiliśmy „wrócę na obiad, wrócę wieczorem, będę jak wrócę…”.

Czytam na fejsie, że koleżanka drży, bo jej córka idzie na zakupy. Sama. Mała ma siedem czy osiem lat, przechodzi na drugą stronę ulicy, a strach obezwładnia moją przyjaciółkę. Nie napije się w tym czasie herbaty, nie sprawdzi skrzynki mailowej, nie posegreguje dokumentów, bo każdą cząstką swojego ciała idzie ze swoją córką. Musi czuć jej krok, jej oczy są oczami małej dziewczynki. Czy dziecko czuje jej oddech na plecach?

Oglądam Odzyskać Haley i zamiast małej dziewczynki na karuzeli widzę mojego Antka. Jestem matką robiącą zdjęcia. Dziewczynka znika, a mi coś się w środku wywraca, bo moje dziecko całkiem niedawno przecież na podobnej karuzeli jechało. I też ułamki sekund go nie widziałam. Czułam się zagubiona tak jak filmowa matka, taka prawdziwa, z krwi i kości, bo nieustająca w poszukiwaniach. Czy moje dziecko czuje mój oddech na plecach? Jestem matką helikopterem? Mam w pamięci całkiem jeszcze rześkie obrazy z własnego dzieciństwa. Dzisiaj widzę, ile swobody dawali nam nasi rodzice. Miałam trzy i pół roku, gdy wychodziłam sama z domu, bawiłam się na łące z koleżankami, a ledwie kilka kroków od placu zabaw płynęła Prosna. Może nieduża rzeka, ale utopić to się można i w łyżce wody. Nie wyobrażam sobie mojego trzylatka bawiącego się nad rzeką i mnie gotującą w tym czasie obiad na drugim piętrze w blokowej kuchni. Wiem, że to się nie wydarzy.

Uważamy się za bardziej świadomych – na śniadanie żujemy jarmuż, segregujemy odpady, wiemy ile emitujemy dwutlenku węgla do atmosfery, a zapominamy o czymś tak elementarnym, jak swoboda. Wolność ruchu, myśli, działania. Stłamszone dzieciństwo jest do bani, to ci powie każde dziecko. Wiemy o tym najlepiej, bo nasze było zupełnie inne. Już nawet nie chodzi o pozwalanie na beztroskie wojaże dookoła świata. Zwyczajne, typowe upominanie każdego kroku, wyprzedzanie ruchu i upadku, który ma po nim nastąpić, jest nie w porządku. Zakładanie uprzęży chłonnym i ciekawym świata dzieciom jest nie fair nie tylko wobec nich, ale i wobec nas samych. Przecież chcemy dla nich jak najlepiej, więc nie zabierajmy im tego, czego dla nich pragniemy.

Możesz mieć opory przed bardziej radykalnym działaniem, to zrozumiałe. Możesz jednak robić coś najprostszego: nie wtrącać się zawsze i wszędzie. Jeśli coś nie stwarza bezpośredniego niebezpieczeństwa, nie zagraża twojemu dziecku ani nikomu wokół, niczyje zdrowie i życie na tym nie ucierpi, to pozwól na skakanie po kałużach, bieganie boso po trawie, daj spróbować krewetek i surowej cebuli, pomóż zorganizować noc pod gołym niebem, zachęć do wspinaczki i nie przeszkadzaj. Może kiedyś twoje dziecko będzie ci wdzięczne, że mogło puścić wodze fantazji, kiedy ty spokojnie, ten obiad, w blokowej kuchni gotowałaś. A jedyny oddech, który będzie czuło na plecach to przy czułym powitaniu, kiedy już przeżyje kolejną fajną przygodę.

Wiesz co? Ja też spróbuję.


  • Jakie to mądre <3

  • Ania Majewska

    no to jak to jest..sama jako trzylatka chodzilas nad rzekę, oczekujesz wolności dla dzieci.. a teraz sama nie puścisz? nie do końca się zgodzę . Sami nauczyciele moi z podstawówki mówili, że dzieciaki z mojego rocznika były o niebo spokojniejsze niż dziś, agresja jest ogromna już w podstawówce… hejtów na fejsie nie było…. czasy się zmieniły. Trzeba z rozsądkiem podejść do każdej sytuacji.

  • Piękny, bardzo wartościowy wpis 🙂 Macierzyństwo jeszcze przede mną, ale taka chwila refleksji się przyda. Pamiętam moje dzieciństwo – długie spacery, całe osiedle dzieciaków bawiące się w podchody, chowanego, skakanie z murku na trzepak – luz i swoboda…

    • I całkiem niedawno, prawda? Życzę nam tyle luzu ile mieli nasi rodzice ;).

  • A ja mam wrażenie, że z mężem dajemy naszym dzieciom więcej swobody niż ja miałam 🙂 Fakt, że trzylatka bym nad rzekę nie puściła, ośmiolatka też nie. Ale kiedy jesteśmy w naszym lesie, nasze dzieci szaleją do woli i zawsze wracamy do domu brudni i poobijani. Ja niestety tego nie miałam. Mieszkanie w mieście ma swoje plusy i minusy, jak wszystko, dlatego tak się cieszę, że oprócz życia w mieście mogę moim dzieciom dać także kawałek życia na wsi, w lesie. wszystko w granicach bezpieczeństwa. W granicach, które są o wiele mniej szczelne niż te, które ja miałam.