EMIGRACJA

Z dziennika emigrantki. Więcej czy mniej?

emigrantki

U emigrantki jest godzina 22:00. Może powinnam powiedzieć, że dziesiąta pi em, ale jakoś mam to w  – zakatarzonym przez brytyjską pogodę – nosie. Na dworze jest ciągle jasno, czym niezmiennie (odkąd tu mieszkam) zaskakuję rodziców podczas rozmów przez Skype. U nich ciemno, sowy robią huhu, żaby szykują się do rozmnażania, a mi przez okno sypialni zaglądają pasażerowie piętrowego autobusu. No to biorę nadwyrężone dźwiganiem młodszego dziecka ręce i macham tym pasażerom, jak najlepszym przyjaciołom. W końcu widzę ich codziennie od kilku miesięcy, więc to prawie tak, jakbyśmy się znali. Na szczęście topole rosnące wzdłuż ulicy wypuściły już liście i widać nas trochę mniej. Z tymi topolami to tak nie do końca szczęście, bo zanim wypuściły liście, intensywnie pyliły przez dwa miesiące i wygląda na to, że połowa naszej rodziny reaguje na to pylenie alergicznie. Co najmniej tak, jak ja na premier Szydło.

***

Chciałabym napisać jak wygląda zwyczajny dzień emigrantki, a tu każdy jest nadzwyczajny. Jednego dnia pada, innego wieje, kolejnego następuje kompilacja tych zjawisk. Dnia czwartego już nie wieje, a łeb urywa. Po to tylko, by w dniu szóstym zaświeciło słońce wspomagane gradem, a w siódmym zostało tylko słońce. Później wszystko zaczyna się od początku ale jakby w różnych kombinacjach. Dzięki temu nigdy się nie nudzimy. Nie wychodzimy z domu bez kaloszy i folii przeciwdeszczowej na wózek. A ja sobie myślę, ze czasem chciałabym mieć taką folię. Na siebie. I udawać, że mnie wtedy nie widać. Chociaż, z drugiej strony, gdyby nie krzyczące dzieci, być może faktycznie nikt nie zwróciłby uwagi.

***

Przeczytałam wczoraj artykuł sprzed roku, chyba z natemat.pl o tym, że Anglicy wyprowadzają się z dzielnic obleganych przez Polaków, bo nie czują się wtedy jak u siebie. I ja ich rozumiem, bo ja tutaj też nie czuję się jak u siebie, choć z zupełnie innych względów. Znam ulice, parki, przepisy, sąsiadów. Umiem sobie poradzić i załatwić co trzeba. Nie potrzebuję w banku tłumacza, a do sklepu mógłby już iść mój trzylatek, bo doskonale pamięta na której półce leżą Kinder Niespodzianki z Gwiezdnymi Wojnami, a na której z Żółwiami Ninja. Ale nadal albo potrzeba lat, albo już zawsze będę się czuła w pełni swobodnie wtedy, kiedy odwiedzę miejsca z mojego dzieciństwa. I tylko wtedy, bo tam pomimo upływu czasu, a nie wraz z nim, jestem u siebie.

***

Rozumiem więcej niż rok temu. Już nie muszę udawać, odpowiadać zdawkowo i kiwać głową w rytm własnych myśli: o-co-mu-cho-dzi-do-cho-le-ry-jas-nej. Jak trzeba, to rozmawiam. O glebie w naszym ogrodzie i powodach zbierania się wody w jednym miejscu. Z rzeźnikiem wymieniam się już nie tylko miłym „hi, love”. Drugiej mamie na placu zabaw czasem powiem coś więcej niż „yeah…”, które to yeah włącza mi się zawsze w stresujących sytuacjach. Naprawdę nie umiem wtedy wydusić nic więcej, a to słowo-wytrych pasuje prawie zawsze (tak, zdarza się, że nie trafiam). Dumna jestem z siebie, bo półtora roku temu, mimo wielu lat nauki angielskiego, nie zrozumiałam pytania taksówkarza o to gdzie jedziemy. Wstyd. Serio, zamurowało mnie. Prawdę mówiąc nawet się nie zorientowałam, że mówił do mnie, nie wspominając o treści. W związku z tym trochę mnie przeraża, że Antek często zamiast nie mówi no. To przerażenie zmniejsza się z czasem, ale nie ustępuje. Tak jakbym się bała, że przyjdzie moment, w którym przestanę go rozumieć. Wiem, że taki przyjdzie.

***

Nie wiem ile faz emigracji za mną, a ile jeszcze przede mną. Ile razy będę się zastanawiać gdzie tak naprawdę jest mój dom. Tam, gdzie moja ojczyzna i większość rodziny, czy tam gdzie żyję w danej chwili z ludźmi, których kocham ponad wszystko? Wczoraj przysiadłszy na tarasie popatrzyłam w niebo. W to samo niebo, w które patrzyła moja mama, siostra, brat, kuzynki. Więc to trochę tak, jakbyśmy byli blisko siebie, będąc bardzo daleko. Patrzyłam na gwiazdy i zastanawiałam się, czy tęsknię za Polską, którą znam czy za tą, którą pamiętam? I czy z czasem pamięta się jej więcej czy mniej?

Emigrantki próbują odnaleźć się w nowej rzeczywistości. Niektóre też piszą: więcej o emigracji pisałam TUTAJ, TUTAJ i np. TUTAJ.

Możesz też zostać ze mną na dłużej na facebooku TUTAJ.


  • Ola

    Ladny tekst.
    Ja tesknie za tym co pamietam. A raczej za moim wyobrazeniem tego co pamietam. Po 11 latach w uk mam wyidealizowane miejsca, sytuacje z Polski. Nawet sobie z tego sprawy nie zdawalam. A ze w Polsce bylam przez te lata zaledwie kilka razy, to sie tak utrwalilo. Ostatnio bylam po kilkuletniej przerwie w marcu. I uderzylo mnie, jak bardzo sie tam nie odnajduje. Z awanturek w sklepach, krzywych min urzedniczek moglam sie smiac i sie smialam – bo bylam tam tylko przez tydzien i patrzylam na wszystko przez pryzmat osoby odwiedzajacej. Ale tak w glebi nie bylo mi do smiechu. W glebi byl to przygnebiajacy obrazek. I to nie bylo na pewno to co nosze i pielegnuje w sercu jako emigrantka. Czulam sie jak w gosciach.
    W Anglii tez nie jestem do konca u siebie. Jestem emigrantka, nie zawsze mile tu widziana. I tak jest, i juz pewnie tak zostanie. Ani tu u siebie ani tam. No, ale ja w Polsce nie mam rodziny, to na pewno tez ma znaczenie.
    Tez czesto mysle o tym ze ktoregos dnia nie zrozumiem wlasnego dziecka. Moj trzytalek mowi w wiekszosci po angielsku mimo tego ze w domu uzywamy tylko polskiego. I co zrobie? Wroce do pani Szydlo? Oooo, na pewno nie 🙂
    Pogoda na polnocy (musimy swoja droga mieszkac jakos blisko siebie ) to smutny temat 😀 jak wygram w totka, pierwsze co to przeprowadzam sie do Kornwalii 😀 a na razie trzeba cierpiec 😉

    • Ola, cudny komentarz! Wiesz co najbardziej rzuciło mi się w oczy? Ani tu u siebie, ani tam. Byliśmy (też w marcu!) trzy tygodnie w Polsce, w moim ukochanym Wrocławiu i czułam, że to moje miasto ale jakby nie moje. I trochę smutne to było.