DZIECKO

Patrzyła jak płacze i nic nie zrobiła.

IKEA. Tłum ludzi przemierzających sklepowe alejki w poszukiwaniu regału na książki i bibeloty. Matki pchające wózki z dziećmi zajadającymi lizaki i planujące kolejny remont kuchni. Ojcowie sprawdzający solidność mebli i bacznie spoglądający w biusty oczy swoich partnerek. Środowe popołudnie, ale nie dla wszystkich wygląda tak sielankowo. Pośrodku jednej z alejek na ziemi leży chłopiec i płacze. Zawodzi niczym zawodowa płaczka pogrzebowa. Ludzie muszą go omijać, bo leży idealnie pośrodku, twarzą do dołu a rękoma wali z całej siły w lekko przybrudzone sklepowe linoleum. Przechodzący rozglądają się niepewni sytuacji. Wzrokiem próbują zlokalizować matkę dziecka. Ona jest blisko, stoi jakiś metr od niego, oparta o ścianę z napisem „mieszkanie 32m2” i patrzy na syna ze spokojem Kubańczyka palącego cygaro.

Nikt nie skrytykował, nie odezwał się, nie zaczepił, nie wygłosił moralizatorskiej mowy.

Wszyscy w oczach mieli błyskawice i jedno zdanie: zrób coś kobieto, jak tak można!

Każda mama dwójki dzieci, kiedyś była mamą jedynaka.

Czym się różni bycie rodzicem jednego i więcej dzieci? Mniej więcej tym, czym różni się leżakowanie nad Morzem Śródziemnym w Chorwacji od spływu kajakowego w czasie burzy. Chociaż przy jedynaku często wydaje się, że dziecko pochłania każdą jednostkę energii, którą jakimś cudem czerpiemy z kawy, prawda jest druzgocąca: przy dwójce musisz być bardziej ogarnięta.

Nieliczni rodzice od samego początku wiedzą jak prowadzić dziecko, wspierać. Kiedy pomagać, a kiedy usunąć się w cień. Każda mama dwójki dzieci była kiedyś mamą jedynaka i zdecydowana większość zupełnie inaczej podchodziła do macierzyństwa. Pierwsze dziecko = eksperyment. Metodą prób i błędów wypracowujemy najlepsze rozwiązania, które jako rodzice dwójki (i więcej) dzieci możemy wykorzystać.

Wróćmy do nieszczęśnika z IKEA.

Nasz starszy syn nie przechodził buntu, nie rzucał się na sklepową ziemię obiecaną. Dopiero jako czterolatek zaczął jasno stawiać swoje granice, naruszając przy okazji nasze. Byłam przygotowana na histerie o lizaka albo nową zabawkę, pamiętając jeszcze własne zachowanie. Ania czterolatka potrafiła stać pod kioskiem ruchu i drzeć się bez opamiętania przez pół godziny, żeby tylko postawić na swoim. Nie jestem z tego specjalnie dumna, ale mój próg wyrozumiałości i cierpliwości w podobnych przypadkach jest wyższy. Okazało się, że starszak darował nam i sobie popisy cyrkowe.

Co innego młodziak…

Reakcja na większość zakazów ma podobny przebieg:

1. Minka w podkowę.
2. Plask na ziemię.
3. Hektolitry rzewnych łez wylanych na posadzkę.

Naturalną reakcją rodzica jest chęć uspokojenia dziecka. Niektórzy z was się wstydzą, innym jest szkoda dziecka. Nie należę ani do jednych, ani drugich. Dlaczego?

Nauczyłam się, że Niko potrzebuje chwili na wypłakanie żalu. Starszak w takiej sytuacji lubi się przytulić, młodszy musi odreagować. Im mniej ingeruję w jego zachowanie, tym szybciej ono mija. Zawsze jestem blisko, zawsze mówię, że rozumiem jego złość i jak będzie chciał, może się przytulić. Dwulatek słowa „blisko” i „przytulić” rozumie, złości – nawet własnej – musi się nauczyć.

Kilka tygodni temu przeczytałam o ojcu, którego dziecko rozpłakało się na środku jezdni. Położyło się, zupełnie jak mój Nikodem, na środku pasów i donośnie płakało. Tata przeniósł córkę na chodnik, położył ją dokładnie tak samo i skończył jeść loda. To było genialne w swojej prostocie!

Antymetody

Oglądaliście kiedyś programy pomagające w takich sytuacjach? Najczęściej stosowaną przez telewizyjne nianie metodą jest…odseparowanie dziecka. Wysłanie do innego pokoju, rozkaz uciszenia się i tym podobne. Jednym zdaniem: zostawienie dziecka sam na sam z emocjami, z którymi sobie nie radzi. Kiedy pierwszy raz to zobaczyłam, nie miałam jeszcze dzieci, ale gdzieś pod skórą czułam, że to kiepskie rozwiązanie.

Nie pokazano: nazywania emocji, środków radzenia sobie z nimi, BLISKOŚCI między rodzicem a dzieckiem. Być może gorzej się to sprzedaje w telewizji, a na pewno jest trudniejsze do zrealizowania.

Patrzyła jak płacze i nic nie zrobiła.

Nie zrobiła….m, bo to byłam ja i mój młodszy syn. Z boku wyglądało to jak ignorowanie zachowania dziecka, w rzeczywistości dałam jemu i sobie lekcję cierpliwości i bliskości. Tuż po krótkim i intensywnym płaczu mój maluch wstaje i wskakuje na ręce szukając pocieszenia w ramionach mamy lub taty.

Dlaczego o tym piszę? Może kiedyś zobaczysz rodziców patrzących ze spokojem na płacz dziecka. Może kiedyś twój maluch rzuci się na ziemię, żeby wykrzyczeć żal do całego świata. Może ty sama znajdziesz się pod ścianą…pomyśl, że często ktoś stoi blisko, patrzy i czeka aż wstaniesz z kolan i się przytulisz. Nieważne, czy masz dwa lata czy trzydzieści.

Share:
  • Po stokroć to wszystko prawda i racja 🙂
    Ja się muszę jeszcze zmierzyć z babcinym natychmiadtowym odwracaniem uwagi od własnej (dziecka) złości czy żalu. Płaczu generalnie. A zobacz autko tu mam. Oo leci samolot, widzisz?