ŻYCIE

O tym, jak nie zostałam pracownikiem miesiąca.


Gdzieś w okolicach czwartej klasy szkoły podstawowej wszystkie dziewczynki chciały pracować w biurze. Panie z sekretariatu zawsze były najładniej ubrane. Nasze mamy nie nosiły garniturów, wyprasowane garsonki były przeznaczone na specjalną okazję. Lubiłam moją mamę w spódnicach do kostek i kwiecistych bluzkach. Dla mojego dziecięcego świata szczytem ekstrawagancji ubioru mamy były czerwone czółenka peep toe. Nie chciałam być taka jak moja mama, bo wydawała mi się zwykła. Tak, „zwykła” to najlepsze określenie.

W liceum byłam przekonana, że pójdę na Uniwersytet Wrocławski studiować iberystykę. Chciałam przeprowadzić się do Hiszpanii, mieć męża Hiszpana i dzieci o hiszpańskiej urodzie. Chciałam mówić po hiszpańsku bez polskiego akcentu, z okna sypialni widzieć jakąś piękną hiszpańską ulicę. Byłam absolutnie zafiksowana na punkcie Hiszpanii. I poznałam mojego przyszłego męża. Polaka. Mieszkał w budynku z widokiem na węzeł komunikacyjny Wrocławia.

Na studiach, kiedy moi koledzy i koleżanki zaczynali życie towarzyskie i dobierali się w pary, jakby za chwilę miał się skończyć świat, my budowaliśmy dom i myśleliśmy o kształcie wanny do górnej łazienki. Jeszcze zostawała we mnie iskierka nadziei, że po Politechnice jednak będę pracowała w laboratorium. Zajęcia w labie uważałam za najbardziej przydatne i interesujące. Nauka w tym miejscu stawała się przyjemnością. Pod koniec studiów zdecydowałąm, że pracę podejmę obojętnie gdzie, bo chcę jak najszybciej zostać mamą.

Garsonki, które tak podobały mi się w podstawówce, nosiłam na spotkania w sprawie pracy. Odpowiadałam na niewygodne pytania, dławiłam śmiech gdy słyszałam stawkę za godzinę i jakby nie patrzeć dupa zawsze wychodziła z tyłu = pensja zjadłaby moje dojazdy do pracy. W trakcie studiów wyszłam za mąż i przeprowadziłam się do męża. Widok na La Rambla w Barcelonie musiałam odłożyć na bok, właśnie patrzyłam na „Świat 1000 piw” przy Legnickiej.

Po roku przeprowadziliśmy się do nowego domu. Kiedy dostałam pracę laboratirium zwanym dalej sklepem jubilerskim, okazało się że jestem w ciąży. Nie przyjęłam posady, a po urodzeniu syna i doprowadzeniu się do stanu normalności, zaczęłam pisać blog. Wyemigrowaliśmy na trzy lata do Anglii, wróciliśmy, a w międzyczasie urodził nam się drugi syn.

Nigdy nie byłam w Hiszpanii.
Nigdy nie pracowałam w laboratorium.
W garsonce chodzę tak często, jak moja mama.

Mam też spódnice do kostek. Jestem niezwykła, tak jak mama.