Zalajkuj na fejsie focię z rąsi, będzie fun. Nie wiem czy to mejk sens czy wręcz przeciwnie. Jeśli to drugie, co powiesz na bro? Tylko asap! Bo jak nie to będzie wpół do fakapa…

Czy tylko ja jestem jakaś cholernie analogowa? Napisałam coś, nad czym sama muszę pomyśleć dłuższą chwilę, zanim zrozumiem. Świat pędzi tak szybko, a ja – bidulka – mogę go tylko pocałować w dupę, bo wiem że  i tak nie dogonię. Niby wiem, że „serwus” jest już niemodny a jednocześnie nie mam pojęcia czy dalej mówi się „siema”? Niekoniecznie chcę nadążyć za młodzieżą, do której już się nie zaliczam. Teraz jestem stateczną kobietą tuż przed  trzydziestką, które ocknęła się z jakiegoś marazmu, znalazła w zupełnie obcym, niezrozumiałym świecie horrendalnie trudnej nowomowy. I nic to, że nowomowa to język Oceanii i taki trochę mityczny, nieistniejący. A korpomowa? Co to, kto to, gdzie to?

Teraz problemów się nie rozwiązuje tylko czelendżuje. CZELENDŻUJE! Ba! Można też sczelendżować koleżankę z pracy, jeśli sama nie potrafi kopnąć się w tyłek na tyle porządnie, żeby stawić czoła wyzwaniom. Warto wiedzieć, czy owa koleżanka jest FTE (czy wewte chciałoby się dodać). To jednym słowem, bo rozwinięcie może Was zaskoczyć: fte czyli pracownik na pełny etat. Nigdy nie pracowałam w korporacji, więc nie wiedziałam, że to co robię na co dzień to praca nad kejsami….muszę ten temat (cholera, albo topik czy inne dziadostwo) sprzedać Budzikowi, będzie pracował nad swoimi.

I tak się zastanawiam, dlatego też piszę – po pierwsze, czy dogadam się ze swoim synem, kiedy on dorośnie, czy będzie mówił do mnie językiem, którego nie zrozumiem? Po drugie – czy dla swojego dziecka będę tak odległym pokoleniem, jak są dla mnie moi rodzice? Czy ja będę płaciła rachunki, a on bile? Ja załatwię sprawy na mieście, a on będzie latał za kejsami? Przydałby mi się guzik „stop” – z chęcią użyłabym go w tym wypadku. Ale wygląda na to, że przyjdzie mi na stare lata kupić porządny translator. Bo nie słownik przecież….


  • Magduśka

    Jako że z wykształcenia jestem językowcem, rażą mnie te wszystkie kolokwializmy, zapożyczenia i skróty. Współczesny język, zwłaszcza potoczny, jest niestety byle jaki i niedbały, nie wspominając już o wszechobecnych wulgaryzmach. Tłumaczy się to syndromem naszych czasów, pośpiechem i rozwojem techniki, a tak naprawdę to chyba droga na skróty, bo po co się wysilać? W dodatku wszyscy tak mówią, więc po co się wychylać?

    • Te zangielszczenia są wręcz śmieszne, nie mam pojęcia jak można się takim językiem posługiwać na co dzień w pracy! Albo co gorsza – w domu ;).

  • A ja mam trochę inne zdanie. Język polski jest ubogi. Jest przestarzały, praktycznie się nie zmienia. I o ile nie lubię obcych wtrąceń nadużywać, o tyle widzę, że czasami nie ma wyjścia. Brakuje naszych własnych odpowiedników. Często się nad tym zastanawiam. Ostatnio rozmawiałam z rodzicami, którzy dla zdrowia uprawiają sporty. I tak jakoś w tej rozmowie kilkakrotnie użyłam słowa: „fit”. Zapytali: „A co to znaczy?”. No właśnie… Bycie szczupłym? To jest słownikowe znaczenie. Bycie zdrowym? Zdrowy to „healthy”. Ilu polskich zdań muszę użyć, żeby wyjaśnić, że „być fit” to dbać o siebie, zdrowie, sylwetkę, uprawiać sporty i mieć dobrą, zbilansowaną dietę!

    Aniu, Ty wiesz najlepiej, jak trudno czasami znaleźć polski odpowiednik. Nawet wyraz „blog” nie jest nasz! Prowadzisz stronę w sieci (internetowa to również zapożyczenie!) o stylu życia i byciu rodzicem. Nie łatwiej: blog parentingowo-lifestylowy?

    A dzieciaki… To trochę szyfrowanie treści przed dorosłymi. Każdy młody człowiek to lubi. Czuć, że przynależy do jakieś grupy. Podkreśla to, używając obco brzmiących słów – zrozumiałych tylko przez innych rówieśników. Dla mnie to bardzo ciekawe zjawisko i ja akurat uwielbiam słuchać nowomowy w wykonaniu uczniów. Zawsze potrafią mnie zaskoczyć! Ich język żyje. W przeciwieństwie do naszego ojczystego…

    • No tak, z Tobą też się zgadzam ale widzę też różnicę między powiedzenie „fit, serio, blog, parenting” a „sczelendżować, wpół do fakapa” że dosłownie zacytuję posta. Bo co innego pożyczyć słowo, którego odpowiednika nie ma a co innego spolszczyć wyraz znajdujący się w naszym języku. No i sama to fit ładnie nazwałaś – zobacz ile określeń. Uważam, że nasz język nie jest ubogi, w przeciwieństwie do angielskiego 🙂 (pomijając ich ilość czasów, do diaska!).

      Polski jest naprawdę ładny tylko wiele słów zostało z niego wręcz wypartych. Nie mam nic do parenting & lifestyle, sama używam ale rodzicielstwo i styl życia brzmi równie dobrze.

      Jestem pogodzona z tym, że nie dogonię syna w języku, którym będzie się posługiwał z rówieśnikami i też uważam to za arcyciekawe ale chciałabym go rozumieć i co ważniejsze – nauczyć poprawnego posługiwania językiem ojczystym. Bo ładny. I nasz. I warto.

      • Uważam, że język polski nie jest ubogi. Tylko nam się nie chce go dobrze poznać.

        • A jednak!

          To w angielskim jest 2x tyle wyrazów co w języku polskim. Choćby samych określeń wyrazu śmiech czy przyjaźń (u nas ciągle brakuje!). Stąd pewnie moda na obcojęzyczne wtrącenia. Jakby się tak zastanowić, to większość naszych pięknych, polskich wyrazów jest zapożyczona. Z łaciny, później z czeskiego – kiedy przyjęliśmy chrzest (kościół, ołtarz, ale i serce, wesele), z języków germańskich (wszystko związane z miastem: ratusz, rynek, gmina, bruk), później z włoskiego (królowa Bona, ot chociażby: ziemniak), z francuskiego (moda salonowa, np. fryzura), z niemieckiego i rosyjskiego (zabory), no i najnowsza moda – z angielskiego.

          To się działo zawsze i jest nieuniknione właśnie dlatego, że – nie chcę Was zmartwić – język polski jest ubogi.

      • Anna Łupińska-Dubicka

        Aniu, o ile zgodzę się z Tobą odnośnie braku sensu w ślepym spolszczaniu anglojęzycznych słów, to polemizowałbym z tym, że język angielski jest ubogi. Wystarczy lepiej go poznać 🙂 Czasów gramatycznych też nie ma aż tak wiele w użyciu.

        • Skąd pomysł, że znam słabo ;)? Wiem, że czasów używa się kilku. Tak jak słów :P.

          Wiele słów zastępują jednym, u nas jest to samo z innymi. Cóż, o bogactwie (w sensie słyszanego na ulicy języka, nie ilości słów w słowniku) decydują też ludzie – o tym czego i ile jest w obiegu. Stąd moja opinia.

          • Anna Łupińska-Dubicka

            Idąc tym tokiem myślenia powinnam stwierdzić, że język polski jest ubogi, bo moi studenci posługują się ograniczonym (moim zdaniem) zasobem słownictwa i bardzo upraszczają język. Z kolei Anglicy czy Amerykanie, z którym mam do czynienia mają bogaty i barwny język.
            Nie lubię po prostu uogólnień. Wszystko chyba zależy od tego, w jakich kręgach się obracamy i skąd czerpiemy naszą wiedzę o języku 🙂

            (Moja polonistka byłaby załamana. W trzech następującyh po sobie zdaniach powtórzyłam to samo słowo :P)

            • Aniu, z Amerykanami to mam tyle wspólnego ile ich w filmie posłucham 😀 to może nie języki są ubogie tylko ludzie ‚głupie’.

              Wiesz, że ja tak z patriotyzmu. Powiedzmy.

              • Anna Łupińska-Dubicka

                O, i z tą tezą o ludziach chętniej się zgodzę 🙂

    • Magduśka

      Nie ma co generalizować, który język jest bardziej ubogi. Może w angielskim jest więcej wyrazów, za to polski ma dużo większe możliwości słowotwórcze. Poza tym nie jest istotne to, który język posiada więcej słów, ale ile z nich się naprawdę używa.
      Co do stwierdzenia, że nasz ojczysty jest przestarzały… język angielski jest językiem globalnym i używanym przez wiele nacji, dlatego jest bardziej dynamiczny i wciąż się rozwija. Za to ubogi może być przez to, bo dąży do ideału esperanto, który ma być łatwy w wyrażaniu i zrozumieniu.

  • Marta

    Aniu wyglądasz jakbyś miała jasne pasemka 🙂 domyślam się że to jednak od słońca, nie farby 🙂 moi rówieśnicy gadają takim językiem więc jestem w tym „obczajona”. Ale co młodsza młodzież to więcej jakiś zdrobnień, już dla mnie nie zrozumiałych. Będziemy musiały się na bieżąco kształcić by nadążać za swoją młodzieżą 😀

    • Ostatnia farba (rudy blond) 4 lata temu, nigdy więcej ;).