nowe życie

Napisałam kiedyś takie zdanie, coś w ten deseń:”dziecko to najlepsze, co dostałam od życia”. I wtedy się zaczęło.

Sieć kobitek starszych i młodszych, dzieciatych i nie, runęła na mnie, bo napisałam największą bzdurę na świecie i jak tak można? Przecież to znak, że zapominam o sobie, a one żeby nie zwariować z dzieciakiem w domu, już po trzech miesiącach leciały do pracy. Ba! Mnie już dawno nie ma, skoro takie rzeczy wypisuję. Teraz to już tylko się położyć i czekać na smierć, skoro nic lepszego mnie w życiu nie spotka.

Ale tak na serio…spotka mnie coś lepszego niż nowe życie? Innego – tak, ale czy lepszego? Coś, o czym z pełną świadomością i odpowiedzialnością za własne słowa powiedziałabym “hej, Ty, jesteś lepsze od mojego dziecka”. Zapałam do czegokolwiek miłością większą niż tą do syna? Nie zapomniałam o sobie. Owszem, zdarza mi się, że nie jem ciepłego obiadu bo pomagam nabić kotleta na widelec. Tak, kilka razy wyszłam z mokrą, nie do końca uczesaną głową, bo nie mogłam założyć uciekającemu dziecku butów. Znajduję czas dla siebie przede wszystkim wtedy, gdy Antek śpi. Mogę w spokoju poczytać, wypić czwartą kawę, podłubać na blogu i nareszcie porozmawiać z mężem. Oczywiście pod warunkiem, że ŚPI (dziecko, nie mąż).

Co mogłoby przebić nowe życie? Co byłoby lepsze? Mogłabym dostać najfajniejszą pracę na świecie, pomijając prowadzenie bloga. Wymarzoną, jedyną. I co? Mam ją porównywać do bycia mamą? To tak można? Da się pogodzić karierę zawodową i rodzicielstwo, oczywiście że tak! Ale to są dwie, zupełnie inne sfery życia i w moim odczuciu nie powinno się ich do siebie przyrównywać.

A może wygram w totolotka, zwiedzę wszystkie kraje, które śnią mi się po nocach, kupię prywatny jacht, samolot, wybuduję własny Bartnikland i będę w nim siedzieć od rana do nocy, z dolarami w oczach i dolarami podcierając sobie tyłek? Resztą banknotów napalę w piecu i z tego będę dumna, kiedy już zajmę się umieraniem. No dobra, trochę mnie poniosło. Po prostu zapiszę się na siłownię z trenerem personalnym. Kupię nowe meble do salonu. Zdobędę Mount Everest jak tylko bieguny naszej planety się odwrócą! Albo nie! Podpiszę blogowy kontrakt życia, sława, splendor, te rzeczy i z samego szczytu będę patrzeć na maluczkich. Lepiej! Spełnię wszystkie  swoje marzenia.

I co? To ma być do cholery w jakikolwiek sposób lepsze i porównywalne do mojego dziecka? No nie! I to nie znaczy, że na łożu śmierci moim jedynym osiągnięciem będzie  bycie mamą, halo! Możecie myśleć inaczej niż ja, przeżywać i nazywać inaczej, ale po co oceniać przez pryzmat jednego zdania? Ważność (okropnie to brzmi) rodzicielstwa, nie umniejsza niczemu ani nikomu, jest ważnością samą w sobie. Nie porównuję jej do niczego, bo dla mnie jest nieporównywalna.

A najzabawniejsze jest to, że później kilka dziewczyn napisało do mnie “wiesz, nie chciałam tego mówić głośno, ale uważam tak samo”. Wstydziły się powiedzieć, że najpiękniejsze co dostały od życia to nowe życie.