DZIECKO

Kocham moje dzieci, ale czasem ich nie lubię.

nie lubię dzieci

Wiesz, to trochę wstyd – tak publicznie powiedzieć, że się nie lubię dzieci, na dodatek własnych. Nie zawsze, ale są takie momenty, że jeśli nie pobędę chwilę sama, to wyłysieję, osiwieję albo ocipieję. Serio. Niech mi ktoś powie: jak to jest, że mamy prawo zdenerwować się na szefa, męża, mamę, a na dzieci to już średnio. Zdenerwować, czyli być niezadowoloną, czymś zmęczoną, rozdrażnioną.

Społeczeństwo oceni nas odpowiednio, a i my same nie zostaniemy sobie dłużne. W myślach strzelimy sobie po łapach, damy po głowie i z poczuciem winy położymy się spać. „Jesteśmy tylko ludźmi” to niewystarczający argument. Bo jesteśmy też matkami. Wygląda na to, że to więcej niż człowiek. 

Nie lubię dzieci, chociaż własne kocham.

Więź z dziećmi jest szczególna – przyznasz, prawda? Na niczyim zdrowiu i życiu nie zależy Ci tak, jak na tych dziecięcych. Kochasz najmocniej na świecie i to dlatego wszystkie emocje związane z dziećmi, także złość, są odczuwane mocniej. Mam tak samo. Bywają momenty, w których NIE LUBIĘ DZIECI. A do tego się denerwuję. Z natury jestem cholerykiem, muszę trzymać nerwy na wodzy, a mimo to wiele rzeczy mnie wkurza nawet, jeśli dla innych to pierdoły, których by nie zauważyli. Walczę z tą moją złością, bo nikomu nie jest do śmiechu, gdy wzrokiem ciskam gromy, ale kurcze – przelewa mi się!

Każda z nas ma czasem dosyć!

Że jest brudno i wszyscy mówią żeby olać. No to olewam – pewnie, a potem po tygodniu zamiast wieczorem zobaczyć film, biegam ze ścierą. Nie chcę kolejnego dnia obudzić się i być jedną z tych zrezygnowanych, poplamionych i rozciągniętych koszulek, w której nie widać już kobiety i mamy, a wór poturbowany. No sorry, pani do sprzątania nie mam (bo nikt nie posprząta tak jak ja!), a i podział obowiązków to wciąż podział, więc swoję dolę wypada zrobić. I, żeby było jasne, ja nie narzekam (wiem co teraz sobie myślisz).

W ogóle to lubię sprzątać i mogłabym cały dzień, ale…no właśnie, dzieci! Widziały gały co brały. Kocham je najmocniej, ale nie lubię jak zostawiają za sobą burdel. Już i tak nie widzę połowy okruchów i jogurtu wtartego w dywan tylko się cieszę, że w kształcie serca wtarte. Góry prania i prasowania też nie zauważam. Prasować nie muszę, pranie przerzucam z górki na górkę, dzieci mają radochę, bo w domu wyrosły Tatry. I wtedy się odwracam, a tam stół mój nowiutki wymalowany kredkami. Szlag! Wiem, że to moja wina, sama gadowi kredki do ręki podałam, ale niech mnie ktoś trzaśnie, denerwuję się i tak! Może na siebie tylko, to prawda, jednak nie lubię go jak tak bierze i mi po tym stole kredkami maluje.

Więcej powodów, dla których nie lubię dzieci? Proszę bardzo!

Nie dosypiam. Teoretycznie jest całkiem nieźle, bo młodszy śpi z nami, w dzień ma dwie eleganckie przerwy na sen. Problem zaczyna się punktualnie o godzinie 23:00. Śpi dalej…Tylko, że już na mnie. Obok – wrzask, na mężu – wrzask, opatulony – wrzask, odkryty – wrzask. A na mnie to mu wszystko jedno. I ja go serio kocham, zjadłabym go całego – taki jest słodki, jednak kiedy się budzi dzień w dzień i akurat w tym momencie, gdy sięgam po czekoladkę, herbaty chcę się napić czy czego innego, to on akurat wtedy. Jakby celował. No i nie lubię tego i jego i w ogóle niczego wtedy nie lubię.

Poruszam tabu wśród mam.

Nigdy nie czułam, że macierzyństwo mnie w jakiś sposób ogranicza. To znaczy wiem, że mam pewne ograniczenia, ale staram się je niwelować. Problem w tym, że marnie mi idzie momentami. Bo wiesz – wyjechać z dziecmi to żadna sztuka, naprawdę. Nie zwariować na tych, tak zwanych, wakacjach – to dopiero prawdziwa magia! Do restauracji, a jakże, chodzimy. Potem ja ląduję karmiąc gdzieś tyłem do widowni, wszyscy skupiamy się na tym, żeby Antek nie rozniósł w proch ulubionej włoskiej knajpy, a na koniec wszyscy (to znaczy dzieci!) są zmęczeni i chociaż każde z nich ma własny środek transportu, lądują na naszych rękach.

Tak sobie wracamy, rozmawiamy, śmiejemy. Przez łzy odrobinę, bo chociaż kocham tych moich chłopaków, jak nic innego na świecie, to ja ich w tym momencie mam prawo nie lubić! Właśnie dlatego, że jestem ich mamą. I dlatego, że wolałabym, żeby młodszy jechał w wózku a starszy na swojej hulajnodze. I dlatego, że ja też bym wolała na hulajnodze, a nie piechotką :P.

Masz prawo do wszystkich uczuć, nawet jako mama!

I ty też masz takie prawo. Nie słuchaj tych, co mówią inaczej, bo nie wiedzą co czynią. Nikt z nas nie lubi się przyznawać do słabości. Ani one ładne, ani modne. Jeszcze palcem pokazywane, bo przecież matkę tylko z aureolką w obrazek oprawić, na ścianie powiesić i doń się pomodlić. Sorry, ale my nie rodzimy się ze złotymi kółkami na głowach. Mamy gorsze chwile i ja też dzisiaj taką mam właśnie. Chcę w spokoju przez moment popracować. To jest miłe, kiedy starszak ciągle chce się tulić i głaskać moje ramię – zablokowane na dobre pół godziny.

To urocze, że młodszy najbardziej lubi stawać właśnie przy moich nogach – dlatego się nie ruszam z miejsca nawet na siku. Przecież nie postrącam ich, jak natrętnych much, ale litości – mam prawo się wkurzać, choćby w sobie. Nie ich wina. Ale nie moja też, że się gorzej czuję. Ty też masz prawo czasem się wkurzyć, odwrócić plecami, wyjść gdzieś samotnie, odciąć ze słuchawkami na uszach i powiedzieć na głos „nie lubię dzieci!”. Obowiązki OK, ale i prawa!

Gdybyśmy wszystkie miały anielską cierpliwość i nienaganne zachowanie, poszerzyłybyśmy grono aniołów. Ciekawe kto wtedy by się zajął naszymi dziećmi?

Jeśli podobał Ci się ten wpis, będzie mi miło, jeśli:

  • zostaniesz ze mną na fanpage’u SIMPLYANNA
  • udostępnisz ten wpis znajomym
  • przeczytasz inne moje publikacje, np.
  • zajrzysz na mój instagram TUTAJ

  • Ja też tak mam. To normalne, że mama może być z męczona, dzieci potrafią być bardzo męczące.

  • Ann

    Brawo 🙂

  • JestemKobietą

    Bardzo się cieszę, że piszesz o tym otwarcie. Że przyznajesz się do okazjonalnego „nielubienia” i obaw związanych z głośnym przyznawaniem się do tego. Ani o macierzyństwie, ani o małżeństwie, ani o żadnej innej rzeczy na świecie nie można powiedzieć, że jest tylko przyjemna, albo tylko zła, tylko czarna albo tylko biała. Ostatnio sporo się o tym mówi, to dobry sygnał.

  • Kasia A.

    Czasem nie znoszę swoich dzieci z takich powodow, jak pisałaś właśnie. mam ochote pobyć sama bez wiecznego Mamo!!!
    i o ile przynaje sobie prawo do chwili samotności (prawo do chęci samotności, bo o realizację bywa trudniej),
    to nie akceptuję tego swojego ‚nielubienia’ dzieci i mam zawsze wyrzuty sumienia.