ŻYCIE

Miałam kiedyś koleżankę. Dziś nie myślę o niej ciepło.

Poznałyśmy się kilka lat temu zupełnym przypadkiem. Drobna blondynka z głową pełną pomysłów, zapałem do pracy i zmiany świata na lepsze. Choć noszę w sobie dystans do ledwo poznanych osób, czułam że łączy nas jakaś nić niewidzialnego porozumienia. Koleżanka. Mam nową koleżankę. Taką, z którą wina zawsze mało, a i tematów do rozmów przy nim nie brakuje. Koleżanka z mężem, dziećmi i kotem. Możnaby powiedzieć-bratnia dusza. Może tylko trochę bardziej nostalgiczna. Hania była kobietą o niebanalnej urodzie, burzą blond loków i piegami na samym czubku drobnego, zadartego nosa. Koleżanka. Mam nową koleżankę.

Przepraszam, nie zawieram znajomości na ulicy”.

Spotkałam ją już nie pamiętam gdzie. Na Bema? Poniatowskiego? Komuny Paryskiej? Stałyśmy razem w kolejce po lody i od słowa do słowa odkrywałyśmy siebie po kawałku tak, jak się to robi na początku. Z odpowiednią rezerwą, ale też zainteresowaniem. Po roku wzajemnych odwiedzin i godzinach odbytych rozmów, tekst kultowego filmu na stałe zagościł w naszym słowniku. Kto by pomyślał, że zawiśnie nad nami jak zła wróżba?

Koleżanka Hania wgryzała się w moją codzienność, a ja cieszyłam się, że po latach samoograniczania w kwestii nowych znajomości, zrobiłam krok naprzód.

Mam jedną przyjaciółkę.

Taką na dobre i na złe. Możemy nie widzieć się dwa lata, a gdy się zobaczymy, będzie nam nas mało. Przeżyłyśmy razem różne piekła,  mniejszego i większego kalibru. Znamy się niemal 15 lat i wiemy, że konie kraść możemy właśnie ze sobą. Byłam przekonana, że i tym razem koleżanka zamieni się  w przyjaciółkę. I jeśli bardzo chcecie wiedzieć, ten wpis jest trochę wylaniem żalu, że tak się nie stało.

To co się stało, że się zesrało?

Tyle razy czytałam, ze emigracja jest sprawdzianem. Przyjaźni, wytrzymałości rodzinnych więzów, małżeństwa, patriotyzmu, poczucia własnej wartości, ambicji, możliwości. I myślałam jednocześnie, że mnie to nie dotyczy, bo tak zgrabnie dobieram kwiatki do wianuszka ludzi, którzy mnie otaczają. Nie dostrzegłam, że tych zwiędniętych nie da się uratować i lepiej je z wianuszka wywalić zanim zaraza przejdzie na pozostałe.

Gdybyście wiedziały, jakie ja mam straszne opory przed hmm, sama nie wiem jak to nazwać, proszeniem się o uwagę? Ania, która rozpycha się łokciami siedzi w środku uciszona. Nie umiem jednocześnie porzucić ot tak czegoś, na co poświęciłam mnóstwo czasu i energii, nie wspominając o uczuciach.

Napisałam do Hani z pytaniem jak się miewa. Widać nie miewała się wcale, bo pytanie moje zawisło w eterze jak łyżka w zbyt gęstej kaszy. Może nie miała czasu, po tygodniu spróbowałam ponownie. Wiedziałam, że nic jej nie jest, o czym świadczyły liczne fotografie łzawych wierszyków na Instagramie. Dałam jej czas. I sobie także, bo ciężko przełknąć gorzką pigułkę odrzucenia. Nawet wtedy, gdy pseudo-koleżanka ukradkiem wrzuca ją do szklanki, co to zawsze jest w połowie pełna.

Hania nie ma czasu. Ale Hania umie prosić.

Różnie w zyciu bywa i życie bywa różne. Lubię uczyć się na własnych błędach, ale bez przesady, nie jestem kujonem. Hania to co innego!

Koleżanka moja jeszcze w czasach naszej świetlanej znajomości wymyśliła biznes. A nawet kilka! Z kwiatka na kwiatek, zostając już przy florystyce: szycie,  księgarnia, kawiarnia. W końcu zdecydowała się na ostateczną wersję sposobu na zarabianie i przystąpiła do tego, co było jej najbardziej potrzebne. Ludzie. Ludzie i ich kasa. 10, 20, 30 tysięcy? Ile potrzebowała na realizację marzeń? Ile osób zaangażowała do swojego planu? Z iloma zerwała znajomość, gdy odmówiły?

Tak, dobrze czytasz. Ta wspaniale rokująca niedoszła do skutku przyjaźń od samego początku była nastawiona na zysk jednej ze stron. I to nie ja byłam tą stroną.

Wiem, że jest jeszcze kilka podobnych do mnie szukających. Kiedy w coś ze wszystkich sił wierzę, nie boję się inwestować. Tak było z tą znajomością, która miała być intratna dla każdego na swój sposób.

Nie zawieram znajomości na ulicy. Teraz już naprawdę.

 

 

Share: