DZIECKO

Karmienie piersią – historia prawdziwa.


Przeczytałam dzisiaj komentarze pod postem Doroty Zawadzkiej na fejsie, odnośnie długiego karmienia piersią. Komentarze pełne jadu, braku zrozumienia, niewiedzy. Przerażające, że przy wszystkich możliwościach współczesnego świata, dostępnych materiałach i badaniach, poziom wiedzy o karmieniu, całym procesie laktacji i różnych zależnościach z nią związanych, jest tak niski. Matka matce wilkiem. Jeszcze na początku XX wieku kobieta karmiąca trzylatka lub starsze dziecko nie była obiektem kpin i obelg. Wtedy, nawet jeśli komuś taki widok nie odpowiadał, trzymał język za zębami. Tego wymagało dobre wychowanie. Dzisiaj chyba nikt o nim nie pamięta, bo Internet wyprał ludziom mózgi. Najwięcej zawsze będą mieli do powiedzenia Ci, którzy czegoś nie przeżyli. “Patologia, obleśne, krzywdzące” to tylko niektóre epitety padające pod adresem matek karmiących starszaki. W moim odczuciu jestem jedną z nich, karmiłam piersią 25 miesięcy i nie przyszłoby mi do głowy oceniać inne, które robiły to dłużej lub krócej. A już pod szczególną osłonką są matki karmiące mlekiem modyfikowanym, jakże mniej obrzydliwym i obleśnym od naturalnego pokarmu.

Musiałam zacząć w ten sposób. Dyskusja pod tamtym postem mną wzburzyła. Kiedy urodził się mój syn założyłam sobie, że będę go karmić rok. 12 miesięcy wydawało mi się wtedy nieskończonością i tak odległym terminem, że nawet nie wiadomo było czy w ogóle dożyję. Zresztą, tego nigdy nie wiadomo. Na początku odliczałam i sobie notowałam w kalendarzu, że minęła już 1/12, 1/6, 1/4 okresu udręki, który sobie zakodowałam. Bo mleczna droga rzadko kiedy jest usłana różami. Chyba, że z ultradługimi kolcami, zwiędniętymi i bez polotu. Początki były bardzo ciężkie. Po cesarskim cięciu nie szło mi przystawianie dziecka do piersi, musiałam wypracować odpowiednią dla nas pozycję. Tu bardzo pomocna okazała się nasza położna środowiskowa, która uwolniła moje ręce. Podpowiedziała jak układać Antka, żeby chociaż w jednej dłoni móc dzierżyć książkę, albo klepać w klawiaturę. Poranione brodawki to tylko kropla w morzu mleka. Do tego stres związany z pobytem w szpitalu, zero pomocy laktacyjnej w tymże. Owszem, raz zjawiła się pani od laktacji, zobaczyła że w naszej sali jest pediatra, powiedziała że zacznie od drugiego końca i już nigdy jej nie zobaczyłam. A miałam tyle pytań i wątpliwości! Natalia, towarzyszka szpitalnej niedoli, także. Jej też należą się podziękowania. Podpowiedziała mi nakładki, których doraźnie używałam. Brałam z niej przykład i w celu zmniejszenia bólu, smarowałam własnym mlekiem i wietrzyłam. A już najzabawniej było, kiedy wyszłam do toalety, a w drodze powrotnej na dyżurce zobaczyłam położną. Z moim dzieckiem na rękach. I z butelką przytkniętą do jego buzi. Tak właśnie wygląda szpitalna rzeczywistość.

Prawdziwa mleczna droga zaczęła się w domu. Ze wszystkimi wybojami i zakrętami w postaci kryzysów laktacyjnych, stabilizacji laktacji, zastojami pokarmu i okresami wielogodzinnego (!), ciągłego karmienia i na końcu potężną alergią z AZS, znacznie ograniczającą moją dietę. Bardzo w siebie wierzyłam. Bardzo. Myślę, że nikt nie wierzył tak mocno jak ja sama. Być może był krótki czas, kiedy czułam się do mojego dziecka uwiązana jak pies do budy na zakutej wsi, ale mimo wszystko nie przyszło mi do głowy podanie butelki. Mogłam zostawić karmienie w cholerę przy pierwszym progu zwalniającym, czyli baby blues. A ten grał mi jak mało kto. Mogłam to zrobić, kiedy zdiagnozowano u Antka atopowe zapalenie skóry. To było kilka miesięcy naprawdę ubogiej, choć jednocześnie zdrowej diety. Mogłam to w końcu uczynić, kiedy minęło magiczne 12 miesięcy. Wtedy nastąpił przełom, bo zdałam sobie sprawę, że to karmienie jest bardzo ważne (wiedziałam o tym wcześniej, ale jednak to powtarzane w reklamach i przez lekarzy dwanaście miesięcy tkwiło gdzieś głęboko). Chodziło o bliskość, zdrowie czy niechęć syna do wszelkiego rodzaju sylikonu i plastiku, przez co odmawiał picia z butelek, kubków i innych takich. W tym czasie laktacja była bardzo ustabilizowana, pory karmienia z grubsza też. Oczywiście nadal na żądanie, ale trochę rzadziej, mniej pobudek w nocy etc.

Po 18 miesiącach (może nawet trochę wcześniej) mogliśmy już pertraktować co do pory karmienia. Nie musiałam tego robić na każde zawołanie – w banku, kościele albo toalecie ;). W tym wieku dziecko ma tak bogaty wachlarz produktów, które może jeść, że karmienie odbywało się jakby poza nami, w żadnym wypadku nie kolidując z czymkolwiek i nie ograniczając naszej swobody. Jego, bo mógł zostać na cały dzień z dziadkami i mojej, bo mogłam na cały dzień gdzieś wyjść. Nawet nie wiem, kiedy dobrnęliśmy do drugich urodzin. W tym czasie już wiedziałam, że jestem w ciąży i nie zrezygnowałam z karmienia. Jest ono możliwe, jeśli ciąża przebiega prawidłowo. Gdzieś w tym momencie zaczyna się historia o zakończeniu mlecznej drogi.

Przychodzi taki moment, dla każdego będzie on inny, kiedy dziecko ma rok, dwa, trzy czy cztery lata i wiesz, po prostu wiesz, że teraz będzie dobrze. Że twoje dziecko jest na to gotowe i ty też jesteś. Tak było u nas. Chyba miałam jakąś intuicję, bo miesiąc po odstawieniu Antka okazało się, że faktycznie lepiej by było, żebym go nie karmiła. Tymczasem zastanawiasz się pewnie: jak to zrobić?

Nie ma jednej recepty. Udało nam się skończyć karmienie bez łez, bez stresu, z ogromną dozą czułości. Antek jadł w dzień, w nocy, rano, do spania. Nie ukrywam, że było to męczące. Szczególnie na początku ciąży chciałam się w końcu zwinąć w kłębek i wyspać, nie być maltretowana rano tymi błagalnymi oczami i słowami “mamo, cycuś”. Chciałam też zobaczyć, czy dziecko będzie umiało zasypiać bez wspomagacza. Mój syn jest bezsmoczkowy, nie miałam pojęcia czy  plan przejdzie. Założyłam sobie, że najpierw zrezygnujemy z karmienia wieczorem przed snem, następnie z porannego, a na końcu tego w nocy. Tłumaczyłam dziecku, że teraz mama już nie będzie karmić, pokazałam butelkę z wodą, jeśli chce pić. Wybrał sobie ulubione misie do spania. Po prostu leżeliśmy razem, ja śpiewałam, opowiadałam bajki, a dziecko od czasu do czasu pytało czy jednak nie zmieniłam zdania. Nie zmieniłam. Oczywiście początkowo to zasypianie trwało godzinę albo lepiej, teraz jakieś 5 minut. Antek przytula misia, zamyka oczy i idzie spać. Z karmienia porannego zrezygnowałam najprościej jak się dało – znikałam z pola widzenia i jakoś poszło. W nocy karmiłam jeszcze jakiś czas, potem wprowadziłam głaskanie, śpiewanie. Po tygodniu młody zaczął przesypiać noce, a ja razem z nim. Ten system pewnie nie u każdego zadziała, dzieci są różne, powody też.

Bardzo ważne dla mnie było, żeby cała sytuacja nie była dla dziecka stresująca. Jeden rodzaj bliskości zrekompensował inny – przytulanie. Uważam, że 25 miesięcy to świetny wynik, jeśli wziąć pod uwagę moje początkowe założenia. Dodatkowym plusem powolnego odstawiania dziecka od piersi jest to, że w ten sposób uniknęłam konieczności spalania pokarmu (czego trochę się obawiałam). Po prostu laktacja sama się zatrzymała. A raczej przeszła jedna w drugą, bo organizm już przygotowuje się do powitania kolejnego dziecka. I mam w nosie to, jak kto widział karmienie tak “dużego” dziecka. Piękniejszej historii karmienia piersią nie mogłabym sobie wymyślić. Ona po prostu się nam wydarzyła.

Zdjęcie CC: źródło