DZIECKO

Chcemy być idealne, ale nie zawsze wychodzi.

idealne matki

Dzień jak zwykle. Poranek jakby ktoś obuchem łupnął w głowę, kilka razy. To młodsze dziecko obudziło się i zauważyło, że przez szczelinę między roletą a ścianą wpadają pierwsze promienie słońca. Znak, że trzeba już wstawać, zerwać kołdrę z mamy i brata, który przyszedł nie wiadomo kiedy. A brat nie jest zachwycony, bo choruje od kilku dni i nie chodząc do przedszkola, traci w ciągu dnia znacznie mniej energii niż zazwyczaj, przy czym jest równie zmęczony.

Pada, a on narzeka na każdą najmniejszą pojedynczą kroplę deszczu, która spływa po szybie. Otwieram jedno oko, potem drugie. Nie udało się, więc próbuję jeszcze raz. Powoli zwlekam coś na kształt zwłok własnego ciała z łóżka, a w moich oczach pojawiają się dwie białe filiżanki kawy. Mocnej, aromatycznej, z mlekiem, ale to za chwilę. Teraz przyszła pora na oporządzenie dwóch młodych chłopców, którzy z jednej strony napawają serce matczyną miłością, z drugiej powodują palpitacje. Tak zaczynamy dzień. My, idealne matki.

Kiedy kilka lat temu, zanim jeszcze zostałam mamą, radzono się mnie w rodzicielskich tematach, byłam najmądrzejsza na świecie. W co się bawić, jak spędzić dzień, kiedy iść do lekarza, najlepsze sposoby na bunt dwulatka, kiedy pierwszy raz iść do fryzjera, jaki wózek kupić, czy takie i takie rzeczy będą wygodne i którym żelazkiem wybijać bakterie na niemowlęcych fatałaszkach. Wiedziałam wszystko, bo jako chodząca alfa i omega, uwaga, NACZYTAŁAM SIĘ. O tak, lektury w małym palcu, a i mądrości z dziada pradziada, proszę bardzo, jak z rękawa. Nigdy żadnej rady nie udzieliłam nieproszona. No, może oprócz tej do siostry, że już za długo chyba karmi tego swojego malucha piersią i do brata, że ten fotelik to mógł jakiś lepszy wybrać. Wiesz, wstyd mi teraz. Bo gówno wiedziałam o rodzicielstwie, o dzieciach i o życiu z dziećmi tak ogólnie.

Byłam nianią.

Całkiem fajną – młodą, energiczną osobą z głową pełną pomysłów. Tysiąc rzeczy irytowało mnie w maluchu, choć tego nigdy nie okazywałam. No i w jego rodzicach, którzy z jednej strony wydawali mi się nadopiekuńczy, z drugiej zaniedbywali ważne kwestie, o których miałam (haha) większe pojęcie. Ale wtedy mogłam sobie narzekać na co chciałam, bo to dziecko (czasem dwójka) znajdowała się pod moją pieczą od 7:00 do 17:00 a potem arivederci, bonwłajaż i gudbaj. Żyłam swoim szczeniackim jeszcze, nawet nie studenckim, życiem i czerpałam garściami z tego świata pozbawionego maluchów. Fajne to, owszem, ale bardziej jako eksponat niż żeby tak 24h/dobę.

Byłam ciocią.

Uczyłam się coraz więcej, obserwowałam i powoli docierało do tej mojej kwiecistej makówki, że to jednak nie tylko brokat, aniołki i tęcza, ale w beczce miodu jest też odrobina dziegciu. Tylko, że to wciąż był kontakt sporadyczny, problemy rozpuszczonych lodów raczej przez szybę niż we własnym wafelku. Dzwoni, dzwoni, tylko nie wiadomo w którym kościele. Znasz to? Ja znałam, a potem…

Zostałam mamą.

Nie, nie wierzyłam, że pełne pieluchy wynoszą dobre anioły. Wiedziałam, że macierzyństwo pełne jest poświęceń i jeśli któraś z mam uważa inaczej, to po prostu trafił jej się faktycznie anioł, a nie dziecko z krwi i kości. Tak czy siak, mój pierwszy maluch sporo płakał tak do trzeciego miesiąca, młodszy jest bardzo spokojny i bezproblemowy. Największy problem jest we mnie samej, bo od tych wszystkich mądrości powiązanych z szemranym doświadczeniem, w głowie utworzył się obraz matki idealnej. Takiej, która zawsze ma odpowiedź, ze wszystkim sobie radzi i jest geniuszem w swoim fachu. Im dłużej mam dzieci, tym mniej rad udzielam. Już mnie to nie rajcuje, bo wiem, że wszystkie są o kant dupy rozbić. Co mi naprawią, tobie mogą popsuć. Co mi uzdrowią, u ciebie mogą spowodować wzdęcia z biegunką.

Dzisiaj miałam naprawdę zły dzień. Taki, że łzy mi w pewnym momencie ciekły ciurkiem po policzku jedna po drugiej, potem kolejne. Ze zmęczenia, niezrozumienia moich dzieci, które kochają się bardzo, ale leją gdy im dać narzędzia. Taki dzień, że czuję jak rozbiera mnie choroba, nie mogę nawet im poczytać przez ból gardła, więc mówię sama sobie DOŚĆ TEGO! Dość udawania przed samą sobą, że zawsze ze wszystkim dam radę. Są sytuacje kiedy muszę, ale to wcale nie znaczy, że jestem wtedy na 100%.

Stosunkowo niedawno, bo kiedy sama byłam małą dziewczynką, nasze mamy były superwoman. Nie okazywały słabości, pracowały i zajmowały się dziećmi i nie do pomyślenia było, żeby na cokolwiek narzekały. Kiedy napisałam tekst o macierzyństwie odartym z lukru, ktoś skomentował „jeśli ktoś decyduje się na dzieci, to musi wiedzieć, że dzieci bierze się ze wszystkim – smutkiem, zmęczeniem, buntami i darciem paszczy o 4 rano, więc po co narzekać? Widziały gały co brały”. I coś się we mnie zagotowało, bo my nie jesteśmy odartymi z uczuć mutantami, jesteśmy fajnymi babkami, żonami, mamami, które też powinno się brać z dobrodziejstwem inwentarza! Trzeba tylko sobie dać prawo do chwili słabości, czyż nie?

Jestem daleka od idealizowania rodzicielstwa tak samo, jak od mówienia, że to jakaś masakra i kiła z cholerą razem wzięte. No nie, pomiędzy czernią i bielą jest cała masa odcieni szarości. One są, tak samo jak fizyczny ból, który może dopaść każdą z nas. Rano, gdy nie możemy wstać z łóżka, bo nasze dzieci zachorowały, w południe kiedy trzymając jedno dziecko na rękach, mieszamy w garach i drugiemu malujemy obraz niczym Picasso, po południu gdy już nie wyrabiamy na zakrętach i słyszymy/widzimy potrójnie i wieczorem, gdy padamy wyczerpane na kanapę i często zamiast odpocząć, same sobie ukręcamy bicz, próbując nadrobić wyimaginowane zaległości, które i tak wrócą do nas kolejnego dnia, bo doby nie rozciągniemy.

Fizyczny ból to jest coś, co w tej chwili czuję. I wiedz, że ty też możesz. Nie jestem robotem. A ty?


  • Nie zawsze jesteśmy i będziemy ideale, czasami trzeba po prostu odpuścić i pozwolić sobie na chwilę słabości 😉