DZIECKOOPINIE

Dobre, bo polskie? Nie sądzę.


Intuicyjnie staramy się wybierać to, co najlepsze. Dla siebie, dla dziecka, dla komfortu życia i zdrowia psychicznego. Kierujemy się wyglądem, zapachem, badamy organoleptycznie jakiej jakości jest produkt. Najczęściej stawiamy rodzimych producentów na piedestale i lubimy kiedy są tańsi od konkurencji. Mówimy też, że coś jest drogie bo płaci się „za firmę” czyli produkt okraszony logo znanej marki. Tak robimy. A jak jest?

Wielokrotnie pisałam o tym, że zabawki dla dziecka wybieramy z rozwagą. Czasem nas trochę poniesie i popłyniemy z pomysłami, o czym przekonacie się we wpisie dotyczącym prezentów na Roczek, ale zazwyczaj bacznie przyglądamy się rzeczom dedykowanym dzieciom. Muszą spełniać pewne normy bezpieczeństwa – nie tylko europejskie i amerykańskie, ale i nasze, rodzicielskie. Nieraz przed zakupem oglądamy, naciskamy, rozciągamy i sprawdzamy jak dany przedmiot się zachowuje. Doskonale zdajemy sobie sprawę z tego, że dziecko nie będzie takie delikatne jak my. Rzuci o ziemię, nadepnie 100 razy, będzie przekładało z kartonu do pojemnika i na odwrót.  Zabawka musi być bardzo wytrzymała, wykonana z wysokiej jakości materiału, gotowa na przygody większe niż stacjonowanie na sklepowej półce.

Daliśmy się nabrać jak ostatnie patałachy. Świadomi konsumenci, o ho ho! Uwierzyliśmy, że dobre bo polskie i kupiliśmy młodemu te dobroci. POLSKIE. Możecie się dopatrzyć na nich jakiej są firmy. Wiecie co? Nawet nam się podobały. Zacznijmy jednak od początku. Budzik potrzebował klocków. Kolorowych, dużych, łatwych do połączenia i bezpiecznych. Nasz syn jest dość delikatny jeśli chodzi o zabawki wszelkiej maści (mam na myśli te momenty, w których nimi nie rzuca i nie uderza o siebie wzajemnie). Zdecydowaliśmy się na zestaw popularnych, zachęcająco tanich klocków. Niestety, inwestycja kilkunastu złotych okazała się niezbyt trafiona, o czym przekonaliśmy się gdy nadejszła wiekopomna chwila: młodzież spożywała posiłek. W krzesełku. Podczas jedzenia lubi mieć zajęte ręce. Klockami na przykład. No to miał. Potem w przypływie euforii (albo energii po zjedzonym obiedzie) rzucił trzymanym przedmiotem. Tfu! Nie rzucił nawet, upuścił raczej. Na podłogę. Efekt? Sami zobaczcie:

DSC_0351

Potem było już tylko gorzej. Kawałki plastiku z niedokładnego odlewu, problemy z wciśnięciem klocka jeden obok drugiego, części latające  w przestworzach.

Powiedzcie mi: jakim cudem te klocki spełniają jakiekolwiek normy? Posiadają certyfikat CE, są sprzedawane do wielu krajów europejskich, a ich producent na swojej stronie zapewnia, że są wysokiej jakości. Zabawka przeznaczona jest dla dzieci powyżej 3-go roku życia. Ok, dałam ją młodszemu dziecku, wielkie rzeczy. Problem polega na tym, że 3-latek też rzuca klockami gdzie popadnie, może na nich usiąść, potrącić krzesłem i nawet pomysły ma bardziej zaawansowane niż roczniak. A może chodzi o to, że młodsze dziecko może przypadkiem zjeść ODŁAMANE elementy? Bo wielkość raczej nie stanowi problemu. Szkoda, że zanim się połknie to co odpadło, skaleczenie gotowe. A takie fajne, dobre, polskie klocki psia mać.

Gdyby jakimś cudem, powstała jedna dziura pomyślałabym, że to przypadek – tak mi się trafiło, życie. Że może partia nie taka? Ale te dzyndzelki zaczęły odlatywać jeden po drugim nawet kiedy JA się nimi bawiłam, a 3 lata skończyłam już dawno temu! No szajs i tyle. Człowiek się połasił na dobre, polskie i tanie.

W dzieciństwie zarówno ja, jak i TB bawiliśmy się drewnianymi klockami i Lego. Dlatego po klockowej porażce, kupiliśmy to co znamy od podszewki. I przeżyliśmy mały szok. Stało się jeszcze jaśniejsze to, co już świeciło z dużą mocą: gówno prawda, że polskie jest najlepsze. Nie jest i niniejszym przestaję być patriotką w tym temacie. Nie wierzycie? Nawet na zdjęciach widać drastyczną różnicę. Odlew, materiał, powłoka, eh….co ja będę. Proszę:

DSC_0267

DSC_0265

DSC_0268

Różnice są widoczne gołym okiem. Choć to tylko zdjęcia, obnażają coś co powinnam wiedzieć już dawno. Macaj, porównuj, sprawdzaj! Drugim razem nie dam się nabrać na patriotyzm. Bo matką jestem. Polką.


  • Ania

    Raz skusiłam się na kupno podrabianych LEGO DUPLO. Raz i to ostatni. A bo cały zestaw kosztował tyle co jedno auto LEGO. Te podrabiiane są fatalnej jakosci. I co to za frajda jak już podczas budowy wszystko się rozpada!

    Aniu, a co robicie, kiedy dostajecie od rodziny/przyjaciół kiepskiej jakości zabawki? Bo domyślam się, że nie wszystkie prezenty da się konsultować.

    Z chęcią Aniu przeczytałabym, może w jakimś kolejnym poście, Twoje zdanie na temat ilości zabawek jakie dzieci posiadają, wpływu na ich rozwój, czy nawet tego w jaki sposób powiedzieć rodzinie STOP w kupowaniu.

    • Bardzo fajny pomysł, z chęcią o tym napiszę.

      Chociaż wydaje się to nieprawdopodobne, nie dostajemy zabawek, tzn. Budzik raczej nie dostaje. Zdarzyło się sporadycznie i same trafione (m.in. drewniane samochody, krzesełko FP i kilka grających samochodów, które są zbawienne w podróży). Rodzina, znajomi kupują książki i ubrania, tego nigdy za wiele. Wszyscy wiedzą że jestem wybredna i wolę kupić sama. Chyba dość wyraźnie o tym informowałam :D.

  • Ven

    Właśnie dlatego ja zawsze powtarzam, że „na gó*no mnie nie stać”, wolę zapłacić za „firmę”, chociaż doskonale wiem – a teraz Ty także – że chodzi przede wszystkim o jakość i bezpieczeństwo.

    • Problem polega na tym, że wcześniej doskonale o tym wiedziałam i w tym wypadku nie chodziło o cenę tylko miejsce produkcji, które nas zachęciło. Niesłusznie, jak widać.

      • Gosia

        My mamy klocki Wadera (jak i inne zabawki tej firmy). Polskie i dobre:)

  • Kasia

    my używamy polskich klocków WADER (w wersji największej – syn dostał je na 1,5 roku) i wytrzymały już niejedno. Są w intensywnym użyciu od 3 lat. innych polskich klocków nie probowałam.
    raz kupiłam też zestaw klocków Wader z dźwigiem, dźwig niestety nie wytrzymał próby siły i popękał, ale klocki nadal są, nic się nie odkształciło i są całe 🙂