DZIECKO

Chrzciny w restauracji. Nie popełnij moich błędów.

chrzciny w restauracji

Zaczynam krótki cykl o przygotowaniu Chrztu dziecka. Wiele moich czytelniczek ma ten dzień za sobą, ale wiem że czytają też przyszłe mamy i chętnie się dowiedzą co i jak. Od Chrztu syna minęło już sporo czasu i wciąż pamiętam złą (w naszym przypadku) decyzję o przyjęciu gości w restauracji i dobrą o afterparty w domu. Pewnie się zastanawiacie dlaczego restauracja była niewypałem? Chrzciny w restauracji są przecież najpopularniejszą formą przyjęcia gości w tym szczególnym dniu.

Od początku wiedzieliśmy, że chrzest Antka będzie miał charakter kameralny, uroczysty i w gronie rodzinnym. Świadkami tego ważnego wydarzenia było 16 osób dorosłych i 4 dzieci, nie licząc nas i synka. Chcieliśmy, żeby wszystko odbyło się w czerwcu z nadzieją na piękną pogodę bez upału, długi dzień i sprzyjającą aurę. Pogoda nie zawiodła, było naprawdę pięknie. Chrzest był dla nas ważnym wydarzeniem i udał się znakomicie, o ile można tak określić mszę. Potem przyszedł czas na obiad.

Jak można zepsuć rosół?

Żeby zorganizować udane chrzciny w restauracji, lokal odgrywa kluczową rolę. Na miejsce przyjęcia wybraliśmy pięknie położony zamek, blisko naszego miejsca zamieszkania. Ładna okolica to ogromny plus wybranego obiektu. Po obiedzie goście mogli wyjść na spacer albo napić się herbaty napawając pięknymi widokami. Można powiedzieć, że zdecydowaliśmy się na bardzo tradycyjne menu zaczynając od rosołu, na bukiecie surówek kończąc. Osobne dania miały dzieci i matki karmiące, czyli ja. Chciałabym opisać wszystko w samych superlatywach, ale….rosół był paskudny! Wybraliśmy restaurację o dobrej renomie, polecaną, z pozytywnymi opiniami. Jak można zepsuć rosół?

Chrzciny w restauracji? Nie bójcie się narzekać!

Na dodatek, nie tylko to danie. I tu uwaga pierwsza: jeśli jesteście na przyjęciu, coś wybitnie Wam nie smakuje i wiecie, że innym też (to nie jest normalne!!!) – nie wstydźcie się przekazać dyskretnych uwag organizatorowi/rodzicom. W moim odczuciu to nic złego ani obraźliwego. Przecież nie ja gotowałam ten rosół! Mój byłby jadalny. Przez to, że wszyscy milczeli żeby nas nie stresować, właściciel lokalu uniknął moich gorzkich uwag i utraty części honorarium. Drugi niewypał to mój obiad, sporządzony osobno dla mamy karmiącej. Dieta matek karmiących nie istnieje, ale ja oprócz karmienia piersią musiałam uważać na liczne alergie syna. Zjadłam więc ziemniaki bez smaku i suchą pierś z kurczaka. Mój błąd – nie sprawdziłam czy kucharz ma pojęcie o przygotowaniu pozycji z poza menu. Powinien mieć, jeśli chce się nazywać kucharzem, ale różnie bywa.

Reszta była smaczna (na tyle, na ile przekazali mi goście). Jak było naprawdę niestety nie wiem bo nie mogłam niczego spróbować. I może byłoby w porządku gdyby nie to, że właściciel lokalu w obawie przed upałami…prawie zamroził nasze ciasta (zawiezione na miejsce dzień wcześniej). Góra tortu przystrojona owocami stała się kostką lodu. Na szczęście tort szybko odtajał i był pyszny – akurat tego, pomimo karmienia, sobie nie odmówiłam (a tam bita śmietana i truskawki UPS!). To była wtopa nr 2.

Afterparty

Żeby miło zakończyć dzień, zaprosiliśmy wszystkich gości do domu. W dniu poprzedzającym Chrzest, przygotowaliśmy z TB stół, krzesła i nakrycie. W dniu Chrztu wstałam chwilę przed nomen-omen Budzikiem, przygotowałam przystawki, napoje i pojechaliśmy do kościoła. Pracy było co nie miara. Po nieprzespanej nocy i z dwumiesięcznym dzieckiem przygotowanie przyjęcia w domu nie należy do najprostszych zadań, ale mimo to się udało i o tym opowiem Wam w kolejnym odcinku tego cyklu.

***