EMIGRACJA

10 rzeczy, za które nie lubię Anglii.

nie lubię anglii

Znacie już 20 powodów, dla których warto poznać Anglię bliżej. Dostałam masę odpowiedzi i komentarzy, w tym również takie, że Anglia nie jest doskonała i znacznie łatwiej znaleźć powody, dla których się jej nie lubi. Spróbowałam to zrobić i oto są, choć przyznam – wcale nie było łatwo. Już wkrótce napiszę wam, dlaczego zdecydowaliśmy się wrócić tak szybko i jak mamy zamiar ogarnąć życie w Polsce, ale póki co zostańmy jeszcze w angielskich klimatach.

Przez trzy lata na obczyźnie starałam się polubić z krajem, którego kultura oraz mentalność mieszkańców odstawały nieco od mojej polskiej i od tego, co serwuje telewizja. Kto oglądał „Co ludzie powiedzą” wie, o czym mówię. Najprawdziwszymi postaciami tego serialu byli Powolniak ze Stokrotą, najtrudniej natomiast znaleźć takiego stonowanego, eleganckiego Ryszarda i specyficzną Hiacyntę. Lecz to wcale nie mieszkańcy wyspy miodem i mlekiem płynącej sprawili, że cokolwiek mnie tam denerwowało. Nie lubię Anglii, bo…

1. Godziny otwarcia…

Sklepów, galerii handlowych, saloników prasowych, aptek i wszystkiego tego, czego człowiek czasem potrzebuje i najczęściej ma na to czas po pracy, nie są stworzone dla ludzi pracujących na etacie. Wiem, wiem – pracownicy tychże również mają swoje życie i ja im nawet życzę wszystkiego najlepszego. Niestety w małym miasteczku trudniej znaleźć zastępstwo apteki, która zamyka się o godzinie 17:00. Długo byliśmy bez samochodu i jeśli zamknęła nam się poczta (tak, też o 17:00) to i tak na piechotę byśmy nie doszli do następnej, która była czynna godzinę dłużej. Z opresji ratowały nas czwartki, gdy godziny otwarcia były wydłużone.

2. Jedzenie.

Można nie lubić angielskiego śniadania albo puddingu. Można nie rozumieć paczek chipsów w wersji XXXXXXL albo octu tam, gdzie zupełnie nie pasuje. Można nie świętować Bożego Narodzenia po angielsku, nie jeść tostowego chleba jak z waty ani nie tolerować fish and chips. Wszystko można, ale nie lubię Anglii, w której tłusty czwartek świętuje się bez pysznego pąka w dłoni!

I mówcie co chcecie, ale ani razu w UK nie zjadłam smacznego pączka, jak z ulubionej cukierni na Trzebnickiej we Wrocławiu. Albo tej Pod Trumienką niedaleko ZOO. Albo na Bema, gdzie kolejka sięga aż do mostu. Żadne tam doughnuts nie zastąpią swojskiego pąka z prawdziwym dżemem truskawkowym albo różą. Jasne, że można zrobić samodzielnie – medal temu, kto ma na to czas. Witajcie polskie pączki <3.

3. Ceny komunikacji.

W Polsce, choć dokładniej powinnam napisać: we Wrocławiu, komunikacja miejska jest naprawdę tania. Nie tylko w porównaniu do kosztu przejazdu autobusem miejskim na mojej angielskiej pipidówie, ale także w stosunku do zarobków. Podobnie ceny pociągów np. z Wrocławia nad morze, to koszt około 70 zł, nie ma szans w UK na bilety za te pieniądze.

Generalnie jeśli nie masz w UK samochodu, często najbardziej opłacalną formą transportu jest…taksówka. Ale żeby nie było tak łatwo, złapiesz ją machając ręką tylko w dużych miastach. W mniejszych zostają postoje (nie pytaj czy cię w dane miejsce zawiezie, tylko wsiadaj i mów gdzie jechać) lub taxi na telefon.

4. Popychanie pierdół.

Choć small-talks znalazły się na liście 20 ulubionych rzeczy, dałam im także i tutaj miejsce. Bo, kurde, czasem się spieszę i naprawdę nie mam czasu czekać, aż wszyscy pozdrowią już wszystkich, za wszystko podziękują i zamienią kilka słów o wakacjach/wspólnych znajomych/sklepowych nowościach/…<- wstaw tu dowolny temat. Anglicy to uwielbiają! I super, miła odskocznia od naszej wiecznej duchowej niepogody, ale są jakieś granice! 😉

5. Brud.

Bardzo mi przykro, ten kraj pod tym względem zawodzi i nie lubię Anglii właśnie za cholerny brud. Co z tego, że za rzucanie papierków na ziemię obowiązują wysokie mandaty, skoro nikt ich nie wlepia? W ogóle nie bardzo rozumiem po co i dlaczego ludzie śmiecą. Przecież zanieczyszczają nie tylko moją drogę, ale również swoją. Pety, gumy, gazetki reklamowe, ulotki, wizytówki, papiery, paragony, wydruki z bankomatów – jest w czym wybierać.

Do tego (ale tu wypowiadam się jedynie o Warrington) miejskich kubłów na śmieci jest jak na lekarstwo (co wcale nie tłumaczy zostawiania odpadów na środku drogi). Nie uświadczycie kosza na przystankach autobusowych, pod niektórymi sklepami czy koło banku.

6. Architektura.

Uwielbiam cegłę. Uwierzcie mi: uwielbiam cegłę! Ale nie chciałabym się zgubić w jednym z tych miasteczek, do których wchodzisz i czujesz się jak w labiryncie. W Warrington każda ulica ma swoją bliźniaczkę tuż za rogiem. Na palcach jednej ręki moge policzyć charakterystyczne miejsca, które pomogą w orientacji. Po pierwszych dwóch latach patrzenia na cegłę, na budynki obłożone klinkierem reagowałam wręcz alergicznie. Ile można?

Moją formą pocieszenia był Manchester <3 z otynkowanymi budynkami w centrum miasta :D.

7. Ceny żywności.

Wiecie, że w Polsce są jedne z najniższych cen żywności w Europie? Tak, argument o zarobkach jest słuszny, ale weźcie sobie polską wypłatę i jedźcie odwiedzić córkę w UK (patrz: moi rodzice). Zakupy naprawdę dają po kieszeni i trzeba się nakombinować, żeby jeść smacznie, zdrowo i nie wydać na to całej pensji. Dla porównania: gdy moja mama wychwalała mi przez telefon truskawki po 4 zł/kilogram ja mogłam kupić 7 sztuk truskawek za 2 funty, czyli jakieś 10 zł :D.

Robienie zakupów w UK to osobny temat, który tu już nieraz poruszałam.

8. Nadprodukcja odpadów.

Jeśli nie lubię Anglii, to jest na pewno jeden z powodów. Wszystko jest zapakowane. Pojedynczo, parami albo po kilka sztuk. Każde warzywo, owoce, cukierki, serki i szynka w paczkach po cztery plasterki. Po jednych zakupach zapełniasz pół kontenera na odpady segregowalne. Da się ograniczyć odpady organiczne – mądrze robić zakupy i potem je maksymalnie wykorzystywać, ale tego plastiku serio nie da się przeskoczyć.

9. Wynalazki.

Nasze pierwsze mieszkanie było jedną wielką porażką. Ktoś tam wszedł i postanowił zrobić wszystko na opak. Wyszło prawie zabawnie. Włącznik światła w łazience ala spłuczka od toalety. Wchodzisz, macasz ścianę, a zimny dotyk glazury (obowiązkowo w kwiaty) jest jak prysznic na twój polski, racjonalny umysł. Pociągnij za sznurek, a sezam stanie przed tobą otworem. Ominęły nas na szczęście osobne krany do ciepłej i zimnej wody, ale mieliśmy okazję się przekonać jak wygląda wykładzina dywanowa w łazience <3.

10. Wykładziny, okna otwierane na zewnątrz i dopasowywanie podłogi do mebli.

Bo Anglicy ewidentnie kochają siedlisko kurzu i roztoczy. Męczyliśmy się ze starszakiem chorującym na astmę w domu z wykładzinami. Odkurzanie 3 razy dziennie pomagało tylko odrobinę. A wystarczyło trochę wyobraźni, by do remontowanego domu nie zamawiać 100m2 wykładziny w kolorze gorzkiej czekolady (do tej pory nie mogę się otrząsnąć!), a położyć panele, na których łatwiej zachować czystość i porządek.

Ostatnią zabawną rzeczą – wybaczcie, ale aktualnie siedzę mocno w tematach budowlanych – jest dopasowywanie podłogi do mebli. Na czym myk polega? Najpierw montujecie kuchnię, a potem gresem na podłodze dojeżdżacie tylko do cokołu. Najpierw komoda, regał i szafka pod tv, potem panele. Najpierw listwy przypodłogowe, potem dechy :D. Mają wyobraźnię! Cieszę się, że już nie będę jej ofiarą ;).

 

Mam nadzieję, że wyczuwacie żartobliwy ton tego wpisu, bo prawda jest taka, że nie lubię Anglii bardzo lubię Anglię i chcę za jakiś czas odwiedzić miejsce, w którym na świat przyszedł nasz młodszy syn, a ja zostałam objęta opieką prawie jak królowa Elżbieta II.

 

 

 

Share:
  • Aleksa Schönfeld

    Hallo! Swietny post, dzieki. Odczucia mam podobne, choc mieszkam w Dojczlandzie, ale widze podobienstwa do Twoich angielskich spostrzezen. Zyje tu od 10 lat i.. juz sie nie dziwie, ale pamietam swoje pierwsze lata… A bylo to tak… Godziny otwarcia w moim (ponad 20 tys. mieszkancow ) miasteczku podobnie krotko i jedynie w czwartki dluzej, poczty nie ma tylko agencja pocztowa, banki juz prawie bezobslugowe, wiec i tak zamkniete, a nawet polikwidowane… tylko discont-y otwarte do 21, w niedziele wszysciutko zamkniete 🙂 ale pamietam czasy, kiedy w soboty nawet disconty byly otwarte do 13, dlatego dobra organizacja domowa tylko nas ratowala. Jedzenie niemieckie niby to samo, co na calym swiecie, a nie to samo, a o prawdziwym paczku mozna tylko pomarzyc i czekac do urlopu, zeby w PL przekasic oryginala. Ceny komunikacji – tak samo wysokie, autobusami jezdzi tylko mlodziez do szkoly, w weekendy zamiast autobusow kursuja busiki, a w czasie najmniejszego zainteresowania, lepiej zadzwonic i zglosic do przewoznika, ze chcialoby sie kilka przystankow busem przemiescic wtedy wiadomo, ze przyjedzie. Taksowek nie ma prawie wcale 🙂 🙂 w calym miasteczku chyba tylko (sic!) 4 sztuki. Bez auta nie ma szans, co najmniej jednego w domu! Pociagi w reklamach tanie i przyjazne, tzn. kupujesz bilet np. za 25 E i podobno z cala rodzina jedziesz na urlop, ale… to tylko wyznaczonymi pociagami, na oznaczonych trasach w wyznaczone dni, w rzeczywistosci droga sprawa. Popychanie pierdol to norma i nawet to polubilam, bo byl czas, ze to byla jedyna mozliwosc, zeby z kims pogadac w ciagu dnia. Brudu u nas nie ma… posprzatane, kosze na smieci gesto rozmieszczone, bywam swiadkiem scen, kiedy mieszkancy podnosza smieci z ulicy (nie swoje) i wyrzucaja do kosza. Zdarza sie, ze ja tez juz tak robie 🙂 🙂 moje dziecko w drodze do przedzkola tez 🙂 🙂 Slyszalam – nie wiem czy to prawda, ze w niektorych krajach brak koszy na smieci ma uzasadnienie, zeby nie podkladac bomb, zaznaczam, ze nie wiem, czy to prawda. Ceny zywnosci …. chyba jednak nizsze sa w Niemczech niz w PL, pomijajac sezonowe owoce i warzywa. bo one maja cene swoja i jakosc tez wysoka, ale inne produkty zywnosciowe – widze, jezdzac do PL, ze w Niemczech jest taniej, albo ceny porownywalne – wiem, to zgroza, patrzac na zarobki, ale za to uslugi bardzo drogie! Tony odpadow plastikowych tutaj tez sie pietrza. Sprawa nie do przeskoczenia, chyba ze zakupy robi sie na targowisku, wtedy a i owszem. Jesli idzie o wynalazki, to w Dojczlandzie sa…. na wszystko mormy i pofantazjowac sie nie da 🙂 podobnie w kwestii architektury 🙂 wspolczesnej rzecz jasna (moze przed wiekami tez tak bylo, w kazdym razie nie mysle o zabytkach). Jesli ma w miasteczku powstac nowy dom, to w urzedzie cie poinformuja jaki ma byc spad dachu, jaki jego kolor, jakie sa rodzaje i kolory elewacji mozliwe i lepiej widziane. Poniekad to zle nie jest, bo lososiowych i zielonych elewacji tu np. nie uswiadczysz, nie dyskutuje tu o gustach, bo nie ladne to co ladne tylko to, co sie komu podoba, ale w Dojczlandzie jest… Ordnung. No coz…. Zartobliwy ton wpisu poczulam i chcialam swoja czastke dodac, pozdrawiam i zycze Wam powodzenia w nowym-starym domu!

  • Kanał autorski M.A.K.

    Przede wszystkim miło mi powitać człowieka z mojego miasta. Wrocław!!! Temat nie do ogarnięcia.
    Co do Anglii, zgadzam się z większością. Brak kubłów na śmieci, idiotyczne przepisy (np. my mamy okno zarośnięte drzewami i wieczne sprzątanie po ptasim g… bo na czas wylęgu ptaków nic nie wolno! a zwłaszcza przyciąć gałęzie włażące do mieszkania), nienormalnie długie uprzejmości… w Asda kolejka stoi cierpliwie, aż pani przy kasie opowie znajomej klientce co, gdzie i jak…
    Do minusów dodałbym korki na drogach bo Anglicy raczej nie śpieszą się i jeżdżą poniżej wskazanej prędkości.Każdy zakręt to dla nich trauma 😀 Ogromnym plusem jest sprzątanie po psach. Nigdzie indziej nie kładłem się na trawę z upojną świadomością, że nie wstanę z rozmazaną psią kupą na plecach.Oczywiście zależy to od dzielnicy 😉 Tutejsza „bida” nigdy nie sprząta.
    Na tę chwilę to wszystko, co przychodzi mi do głowy. Serdecznie pozdrawiam 🙂